Mundurem był tylko kombinezon z opaską powstańczą

/
6 mins read

Przypominamy fragmenty rozmowy z powstańcem warszawskim panem Franciszkiem Czeszakiem – Wielkopolaninem. Po II wojnie światowej zamieszkał w Wolsztynie i przebywał tu aż do śmierci. Spoczywa na wolsztyńskim cmentarzu. Podczas okupacji działał w konspiracji.

Lato było upalne. Tydzień przed godziną „W” porzuciliśmy pra­cę i zostaliśmy zmobilizowani. W tym czasie odbywaliśmy intensywne ćwi­czenia wojskowe w lasach natolińskich, kabackich i chojnowskich. Tam przygotowywano nas do walk ulicz­nych. Udział w tych ćwiczeniach był całkowicie dobrowolny i każdego z osobna pytano czy nie chce zrezyg­nować. Występowałem ciągle pod nazwiskiem JÓZEF BIELAWSKI, do czego nawet zdążyłem przywyknąć. W miarę upływu dni, oddział nasz podchodził do Warszawy. Kwatero­waliśmy w ziemiankach, które wy­konywaliśmy sami. Nawet dobrze wspominam te czasy. Było upalne lato. Zgrupowanych łączyło absolut­ne koleżeństwo i wzajemne zrozu­mienie między dowództwem a szere­gowymi żołnierzami. Stamtąd prze­niknęliśmy nocą na Górny Mokotów (Powsin, Powsinek, Wilanów, Sady­ba).

– Gdzie zastała was godzina „W”?

– W Alei Niepodległości, l sierpnia o godzinie 17.00 zaczęła się otwarta walka zbrojna. Nie wszyscy zmobili­zowani mieli broń. Ja miałem sześciostrzałowy pistolet. Wchodziliśmy w skład oddziału ,,Baszta”(jest to sylabowy skrót od BAtalion SZTAbowy). Dowodził ppłk Stanisław KAMIŃSKI. Walka była zażarta od sa­mego początku. Walczyliśmy o każdy dom na swoim odcinku. Pamiętam jak dziś walkę na piętrze dużego budynku. Zginął tam niemiecki pod­oficer. Reszta pierzchła i budynek zdobyliśmy. Wielokrotnie budynki przechodziły z rąk do rąk.

Franciszek Czeszak z synem generała Skalskiego (zginął tragicznie)
Natarcie wzdłuż ulicy Pilickiej. Trzeci od lewej Franciszek Czeszak ,,Wielkopolanin”

– Jak układały się wasze kontak­ty z ludnością cywilną?

– Byliśmy w zażyłych kontaktach z ludnością cywilną, która nam sprzyjała. Myśmy byli regularnym wojskiem, chociaż, dla większości z nas, mundurem był tylko kombine­zon z opaską powstańczą. Prócz żoł­nierzy AK w skład naszych oddzia­łów powstańczych wchodzili również żołnierze innych ugrupowań, w tym także lewicowych. Nie było między nami żadnych dysonansów.

– Na jakim terenie przemieszczał się wasz oddział?

– Nasza kampania miała oznako­wanie bojowe „0-2″. Dowódcą był ppr. Kazimierz Grzybowski, pseudo: „MISIEWICZ”. Działaliśmy w obrę­bie Mokotowa, a AL Niepodległości była najdalszą naszą placówką. Na tejże alei, w gmachu zwanym REDU­TĄ zostałem ciężko ranny wskutek ostrzału artyleryjskiego. Podmuch wyrzucił mnie z pierwszego piętra i przysypały mnie gruzy. To było dokładnie 26 sierpnia w dzień Matki Boskiej Częstochowskiej. Niezawodni koledzy uwolnili mnie z tego roz­paczliwego położenia. Po opatrzeniu ran walczyłem aż do końca powsta­nia, które zastało mnie na rogu ulic Puławskiej i Szustra. To było 27 września 1944 r. Zrazu wpadliśmy w ręcie Kałmuków. Obrabowali nas doszczętnie zanim przejęli nas żoł­nierze Wermachtu. Ci z kolei prze­mówili do nas… po polsku. Powie­dzieli nam, że nie mamy się niczego bać, bo oni też są Polakami… ze lŚląska. Przyprowadzili tychże Kał­muków, których zmusili do wzajem­nego powiązania się sznurami. Na­stępnie wrzucili ich do samochodów i wywieźli. Kto stawiał opór obrywał kolbą. Dowódca tego oddziału Wer­machtu zapewnił nas, że jesteśmy objęci konwencją dotyczącą jeńców wojennych i tak będziemy traktowa­ni. Zakazano nam kontaktować się z ludnością cywilną. Oświadczono nam również, że zostaniemy wywiezieni w okolice Berlina. Ostatecznie wieziono nas koleją pięć dni i dotar­liśmy aż do WERDEN BREMEN za HAMBURGIEM. Przed wyjazdem zgrupowano nas w Forcie Mokotows­kim. Tam znalazły się resztki wszyst­kich oddziałów powstańczych, wziętych do niewoli. Właśnie w tym miej­scu widziałem jedyny raz generała BORA-KOMOROWSKIEGO w to­warzystwie niemieckiego generała VON DEM BACHA. Słowami tych wysokich dowódców potwierdzono nam, iż jesteśmy objęci konwencją o jeńcach wojennych. Stamtąd po­szliśmy pieszo do Pruszkowa, gdzie zatrzymano nas na trzy dni. ,,Opie­kunowie” z SS nękali nas na każdym kroku, co było dla nas dodatkową uciążliwością. Z Pruszkowa poma­szerowaliśmy pieszo do Skierniewic, gdzie zakwaterowano nas razem z jeńcami radzieckimi i żołnierzami z I dywizji im. T. Kościuszki. Przez kolejnych pięć dni mieszkaliśmy w ziemiankach. Gdy nadszedł dzień naszego odjazdu w głąb Rzeszy, hra­bina Branicka z Wilanowa oraz jej trzy dorosłe córki dowoziły nam chleb z miejscowej piekarni. Był to dla nas dar niebios, gdyż nie muszę mówić, że głodowaliśmy okropnie. Te dzielne panie zaopatrzyły w pie­czywo połowę transportu, ale dzieli­liśmy się tym chlebem sprawiedliwie ze wszystkimi.

W czasie postoju w Berlinie jakaś or­ganizacja pod szyl­dem Międzynarodo­wego Czerwonego Krzyża serwowała nam bardzo słoną grochówkę i czarną kawę. Nie zjadłem jej, co pozwoliło mi uniknąć strasznych cierpień, które w dalszej podróży były udziałem tych, którzy z poczęstun­ku skorzystali.

– Jak przyjęto was w obozie docelowym?

– Może zabrzmi to śmiesznie, ale wita­no nas z orkiestrą. Żołnierze Wermach­tu byli zaszokowani naszym widokiem. Wśród nas byli chło­pcy nawet w prze­dziale wieku 9 do 12 nie mówiąc już o sta­rszych. Po kilku dniach posegrego­wano nas wiekowo i według płci. Ofice­rów też zabrano do osobnego obozu. Nie dręczono nas specjalnie. Wachmani byli ludźmi z doświadczeniem z pier­wszej wojny światowej dlatego byli wyrozumiali. Ubrano nas w mundu­ry radzieckich jeńców wojennych. Obóz był olbrzymi i międzynarodo­wy. Jako pierwsi z pomocą w wyżywieniu przyszli Francuzi, Belgowie i Holendrzy. Po trzech miesiącach rozdzielono nas na trzy grupy. Znala­złem się w tej, którą przydzielono do samego Hamburga. Było nas około pięciu tysięcy. Odgruzowywaliśmy strasznie zbombardowane miasto i pracowaliśmy również w porcie. Ludność cywilna była nam bardzo przychylna. Starsze osoby wręcz sympatyzowały z nami, dając nam nawet żywność i w pełni rozumiejąc nasze położenie. Któregoś dnia zro­biono nam rewizję osobistą. Nosiłem stale przy sobie książeczkę od I Ko­munii Św. Rewidujący wziął ją do ręki, przekartkował i przytulił mnie do siebie, poklepał po plecach wyra­żając swoje głębokie uznanie. Zwró­cił i kazał mi ją zachować. Od tego czasu ów wachman darzył mnie dużą sympatią. W kwietniu 1945 r., gdy w szybkim tempie szła ofensywa aliantów, ewakuowano nas pieszo pod granicę duńską. Dołączono nas do obozu francuskiego i tak było aż do kapitulacji Niemiec. Jeszcze przez dwa tygodnie po kapitulacji zajmował się nami Wermacht, ale nie było już wówczas żadnej dyscypliny. Następ­nie przejęli nas An­glicy. Naszym osta­tnim miejscem po­bytu w Niemczech była słynna wyspa SYLT na Morzu Północnym. Stam­tąd w grudniu 1945 r. przewieziono nas samochodami do Szczecina. Wróci­łem do doszczętnie zrujnowanej War­szawy. Dowiedzia­łem się, że matka przebywa w Wol­sztynie u teściowej. Postanowiłem poje­chać trzy dni póź­niej do rodziny w Wolsztynie. I od tego momentu za­czął się mój wolsztyński życiorys.

Z ostatnich wypowiedzi zna­nych historyków -badaczy Powstania Warszawskiego wynika, że Stalin tylko czekał na bezczynność Armii Krajowej, gdy Ar­mia Czerwona szy­kowała się do wy­zwolenia Warsza­wy. Mógłby wtedy całemu światu ogłosić o biernej postawie , Armii Krajowej, która uważała się za głó­wną siłę Polski Podziemnej. Jaki był stan faktyczny wiemy już od wielu

lat. „Wyzwoliciele” ze Wschodu ograniczyli się do roli widza z dru­giego brzegu Wisły. Nie wsparli na­wet tych nielicznych Polaków z I Dywizji im. T. Kościuszki, któ­rzy brawurowo sforsowali Wisłę spiesząc na pomoc powstańcom.

Rozmowę publikowaną w 1994 roku przeprowadził z panem Franciszkiem Czeszakiem pan Robert Mielewczyk (GW nr 13/1994).

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Poprzedni

,,Ziemię posiądziemy nie poprzez arogancję wobec praw natury…”

Następny

To był wyjątkowy zlot

Ostatnie z

Niezwykłe zjawisko

W niedzielę, o godzinie 7: 35, mieszkańcy Bucza, po wyjściu z kościoła w Przemęcie, zauważyli niezwykłe