,,Ksiądz proboszcz z Siedlca uprawia karate”. Artykuł pod takim tytułem pani Gertrudy Jazdon ukazał się w ,,Głosie Wolsztyńskim” w 2000 roku. Ksiądz proboszcz Krzysztof Apiecionek 35 lat był proboszczem pw. Św. Michała Archanioła w Siedlcu. Uprawiał karate. Od dziewięciu lat były proboszcz siedleckiej parafii posługuje, będąc na emeryturze, w kościele Św. Józefa Opiekuna Kościoła Świętego. Przypominamy fragment wspominanego artykułu. Drugą jego część autorka zatytułowała: ,,Ręką łamie dachówki”. Za nim zadam pytanie powinnam czytelnikom scharakteryzować księdza proboszcza z Siedlca. ,,Niewysoki, szczupły i wysportowany, ma niezwykle sprężysty krok i dynamiczne ruchy. Cechuje go energia w całym sposobie bycia – temperament, siła i zręczność, której nie da się ukryć nawet przy pełnieniu obowiązków w kościele. Mieszkańcy twierdzą żartobliwie, że gasi świeczki w kościele z odległości 5 m jednym zamaszystym ruchem ręki…. Jest mistrzem karate pierwszego dan, czyli upoważnionym do noszenia czarnego pasa. Dlaczego ksiądz proboszcz wybrał tę dziedzinę sportu?
– Nikt nie wysportowany nie może zacząć uprawiać tej dyscypliny, bo bardzo prędko ulegnie kontuzji – to jest absolutnie niemożliwe. Od dziecka uprawiałem sport. Reprezentowałem Liceum wolsztyńskie w biegach lekkoatletycznych na 100 i 200 m. Trenował mnie profesor śp. Frasz, a potem profesor Rewers. Nie byłem na komersie kończącym Liceum Ogólnokształcące, ponieważ akurat brałem udział w zawodach sportowych w Krotoszynie. Karate było kontynuacją sportu. Zaczęło się od tego, że przeczytałem kiedyś, iż można ręką złamać cegłę. To mi nie dawało spokoju – jak to możliwe? I to był początek zainteresowanie się tą dyscypliną.
O karate napisano, że jest sztuką – drogą harmonii pomiędzy sprawnością a mądrością. Sportem, rodzajem współzawodnictwa walki, porażki i zwycięstwa. Jest drogą pokonania własnego zmęczenia, bólu, zniechęcenia – czyli jest drogą do pokonania samego siebie. Wynika z tego, że nie jest to tylko sprawa łamania cegieł, które pewnie ksiądz z łatwością kruszy.
– Ja nie łamałem cegieł – raczej dachówkę. Podejmując się jednak takiego wyczynu muszę być absolutnie pewien, że to zrobię. Jeżeli tego nie zrobię, to uszkodzę sobie rękę i nie mogę się tego podejmować. To musi być błysk, moment i pewność i tu jest to kształcenie woli – jedno z drugim ściśle związane. Mówiąc szczerze, traktuję to też jako moje obowiązków, która mi w pełnieniu ich absolutnie nie przeszkadza, a w niektórych okolicznościach pomaga. ???
– Tak … nieraz ułatwiło pracę katechetyczną – gdy uczyłem religii. W klasach starszych i w większych miastach takich jak: Poznań, Śrem czy Szamotuły – gdzie uczniowie na lekcjach byli zbyt żywi, czasami dawali odczuć, że z księdza nic sobie nie robią, a nierzadko uczeń przychodził na przykład na religię wręcz po to – żeby ta katecheza się nie odbyła, ksiądz nie miał żadnego środka przymusu – bo przecież stopień z religii się nie liczył. Wówczas czasami wystarczyło powiedzieć: zobacz – nie zrobię tego, ale popatrz co mógłbym zrobić, gdybym był taki jak ty… i to robiło wrażenie. Ksiądz przestał być wówczas tylko tym duchownym, tym klechą, tym od różańca. Widzieli, że to człowiek mający też inne zainteresowania, które mógłby wykorzystać – ale tego nie robi. Wszak Pan Jezus powiedział ,,kto na Ciebie kamieniem – Ty chlebem”. To drażniło ich umysły, a to szalenie budowało autorytet księdza, równocześnie dla mnie było czymś dopingującym. Szła fama, że łamię to i owo. Mówiłem – bądźcie grzeczni, to w czasie przerwy pokażę. Uczniom imponowało, że uczy ich ksiądz karateka.
Ile było tych dachówek?
– To zależy od wytrzymałości dachówek – 20 do 30 sztuk karpiówki. Niestety, było to też trapieniem dla rodziców, bo w domach ubywało i dachówek i łat…
Czy te umiejętności przydają się również w innych okolicznościach?
– Jeden raz, ale było to tylko i wyłącznie w sytuacji obronnej. W karate przynajmniej kapłan nie może sobie pozwolić na nic innego. Jest to walka bez walki na zasadzie … pies, gdy widzi, że się go nie boisz – nie atakuje i to daje poczucie bezpieczeństwa. Jednakże muszę się przyznać, że w pracy duszpasterskiej karate może mieć również skutki ,,negatywne” na przykład przy mówieniu kazań. Technika karate wymaga ogromnej koncentracji na danej czynności i ogromnego wysiłku w bardzo krótkim czasie – żeby działanie było skuteczne. Gdy mówię kazanie wkładam w nie całe serce i całą duszę….I terroryzuję jakoby nim tego, który mnie słucha, ale sam się spalam. Torturą były dla mnie kazania, gdy miałem ich siedem czy osiem na przykład w parafii świętego Rocha w Poznaniu, bo nie potrafię mówić jeszcze raz tak samo spokojnie, na luzie.
W niedzielę, 26 lipca w kościele św. Józefa w Wolsztynie wierni modlili się za księdza Krzysztofa Apiecionka, który dzień wcześniej obchodził imieniny. Parafianie składali mu życzenia. Dzień wcześniej, w sobotę 25 lipca w Józefowej Parafii odbył się Dzień Chorych. Podczas Mszy świętej starsi i osoby chore przyjęły Sakrament Namaszczenia Chorych, którego udzielili: ksiądz Krzysztof Apiecionek i ksiądz proboszcz Piotr Bartkowiak.


