26 sierpnia to uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. W 2009 roku pani Janina Łukaszewska na łamach ,,Głosu Wolsztyńskiego” opublikowała swoje wspomnienia z okresu okupacji niemieckiej i dała świadectwo cudownej opieki Matki Bożej Częstochowskiej nad jej rodziną. Rodzina państwa Marii i Stanisława Łukaszewskich z Tłok (gmina Wolsztyn) wraz z sześciorgiem dzieci została wypędzona przez Niemców ze swego gospodarstwa. Oto kilka fragmentów wspomnień p. Janiny.
,,Rodzice bardzo się starali wychować nas na ludzi głębokiej wiary. Wpajali nam miłość do Boga i Matki Bożej. Świadczył o tym w naszym domu zrobiony ołtarzyk, a nad nim wiszący obraz Matki Bożej Częstochowskiej, do której codziennie się modliliśmy (…)
Była jesień 1940 roku Niemcy rąbali karabinami do drzwi naszego domu . To był środek nocy. Dali nam zaledwie 20 minut na ubranie się, spakowane i opuszczenie domu. Przeraźliwie krzyczeli na nas.
Tata przyniósł worki od zboża, aby w nie włożyć pierzyny i poduszki.
Bardzo chciałam zabrać obraz Matki Bożej Częstochowskiej prosiłam o to Mamę, która trochę się zawahała bo naprawdę nie było wiadomo, gdzie włożyć ten obrazek, aby Niemcy go nie zobaczyli, bo na pewno by od razu odebrali go i zniszczyli. Po chwili zapadła decyzja, że go zabierzemy. Mama dyskretnie wsunęła obraz do worka z pierzynami (…)
Pani Janina bardzo dokładnie opisała gehennę podczas wywózki przez Niemców do województwa kieleckiego, gdzie do różnych wsi zawieziono wysiedlonych. ,,Na wysiedleniu bardzo zachorował Tata i wszystkie dzieci oprócz mnie i Mamy. Doktor stwierdził, że Tata jest chory na tyfus i zapisał leki”.
Pani Janina opisała sytuację w jakiej się znaleźli, kilkukilometrową drogę matki do apteki. Sytuacja była dramatyczna ,,Teraz wszyscy leżeli chorzy, tylko ja byłam zdrowa. Ludzie z wioski dowiedziawszy się, że Tata jest chory na tyfus bardzo się wystraszyli, że się zarażą. Nie przynosili nam jedzenia, a przecież trzeba było coś jeść. Mama, która miała jeszcze trochę pieniędzy kazała mi iść do sklepu, aby coś kupić do jedzenia. Kiedy zrobiłam zakupy i wyszłam ze sklepu to sprzedawczyni powiedziała do mężczyzny, który tam był, że ja jestem od wysiedleńców. Nieznajomy mężczyzna zainteresował się i zapytał o numer naszego domu”. Pani Janina opisała odwiedziny nieznajomego, którego wpuszczono do domu, gdzie wszyscy leżeli jak Łazarze. Nieznajomym okazał się ksiądz. Dzięki niemu ,,trafił do nas lekarz i hrabina. Po przebadaniu okazało się, że Tata wcale nie jest chory na tyfus, jak diagnozował inny lekarz (…) Niebawem mama i dzieci wyzdrowiały, ale Tata jeszcze długo był chory. Nic nie jadł, był bardzo słabiutki, nie miał siły wstać. Aż pewnego dnia jego stan zdrowia bardzo się pogorszył. Chwytał powietrze ostatnimi siłami, jakie mu pozostały. Przyszli go odwiedzić znajomi wysiedleńcy. Kiedy zobaczyli Tatę, to stwierdzili, że do następnego dnia nie dożyje. Zrozpaczona Mama uklękła przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, którą zabraliśmy ze sobą z domu. Modliła się bardzo ufnie, prosząc Maryję o uzdrowienie męża. Mama tak się modliła: ,,Co ja teraz zrobię z tyloma małymi dziećmi? Żadnych środków do życia, ani pracy. Proszę Cię Matko Najświętsza chociaż o 10 lat dla męża, aż te dzieci podrosną”. Można sądzić, że Mama bardzo ufnie się modliła i zaufała do końca, bo stał się cud tej nocy. Tata rano czuł się dobrze. Dostał apetyt tylko Mama nie bardzo miała mu co dać do jedzenia, bo wiadomo była bieda. Pomału dochodził do pierwotnych sił i wyzdrowiał całkowicie. Przyszedł czas, aby Tata zapracował na rodzinę”.
Pani Janina Łukaszewska opisała dalsze koleje życia jej rodziny. Powrócili do Tłok, a ojciec pani Łukaszewskiej zmarł dokładnie 10 lat później, o które prosiła dla niego w modlitwie jej Mama. Pani Janina przytoczyła ,,motto życiowe” Mamy: ,,Nigdy nie płacz i nie narzekaj przed ludźmi, gdy ci ciężko, bo ludzie nie są szczerzy do końca, zawiodą a nawet czasem ucieszą się z czyjegoś nieszczęścia. Pamiętaj, że jest Ktoś kto nigdy nie zawiedzie, komu zawsze można zaufać i powiedzieć co nas martwi. Tym Kimś jest Maryja i Pan Bóg”.
