Ksiądz Jan Twardowski – poeta niezwykły.

/
7 mins read

(W dwudziestą rocznicę jego śmierci)

18 stycznia minęła dwudziesta rocznica śmierci księdza Jana Twardowskiego, jednego z najpopularniejszych i najbardziej chyba kochanych dziś, współczesnych polskich poetów. Od lat poprzez swoją poezję wskazywał on innym drogę do nieba. Tamtego dnia 2006 roku, poszedł nią sam… Z tej okazji 28 i 29 stycznia, w Bibliotece Pedagogicznej w Wolsztynie, odbyło się spotkanie z uczniami klasy I wolsztyńskiego Liceum, oraz III klasy Technikum, poświęcone życiu i twórczości tego poety. Uczniom, którzy w trakcie spotkania prezentowali niektóre wiersze poety, towarzyszyli ich klasowi wychowawcy – mgr Jagoda Jasionowska oraz mgr Janusz Mrozkowiak. Organizatorami spotkania było Katolickie Stowarzyszenie ,,Civitas Christiana” i Biblioteka Pedagogiczna. Ksiądz Jan Twardowski był poetą niezwykłym, który łamał powszechne pojęcie o poezji. Nie było w niej metafizyki, niezrozumiałej symboliki, rozbudowanych metafor, epitetów czy surowego dydaktyzmu. Był w niej przede wszystkim człowiek, otwarty na wymiar Bożej miłości. Była prostota, niewinność, łagodność, czasami subtelna ironia, humor i ciepła anegdota. Nazywał rzeczy po imieniu, zachwycony różnorodnością barw,, zapachów i dźwięków, przenosił czytelnika w świat krajobrazów, stanów ducha i kontemplacji. Nie zasłaniał ludziom Boga, nie gromił, ale w mądry i subtelny sposób uczył, że nie ma wiary oprawionej w ramki, nie ma w życiu sytuacji bez wyjścia…Przywracał wiarę w Boga, chroniąc nas od rozpaczy i beznadziejności. Nie zasłaniał Boga sobą, on Go sobą odsłaniał, jak w tym wierszu, zatytułowanym ,, Żebym nie zasłaniał sobą siebie” Urodził się w Warszawie w ,,Dzień Dziecka” – 1.06.1915 roku. Może dlatego tyle potem pisał o dzieciach. Ukończył renomowane gimnazjum imienia Tadeusza Czackiego. W 1936 zdał maturę, zaś w 37 rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. W tym samy roku wydał swój pierwszy tomik wierszy, zatytułowany ,,Powrót Andersena”. Podczas wojny walczył jako żołnierz w Armii Krajowej; brał udział w Powstaniu Warszawskim, choć nigdy i nigdzie o tym nie wspominał. W 1945 roku a więc w wieku 30 lat wstąpił do seminarium duchownego w Warszawie. Święcenia kapłańskie przyjął 4 lipca 1948 roku a rok wcześniej ukończył studia polonistyczne, pisząc pod kierunkiem prof. Wacława Borowego prace magisterską o ,,Godzinie myśli” Juliusza Słowackiego… Jego pierwszą parafią był Żbików, gdzie pracował w szkole specjalnej. To dla tych upośledzonych dzieci napisał wiersz ,,Do moich uczniów.”

Zawsze zwracał uwagę przede wszystkim na innych. W zakrystii kościoła Wizytek, gdzie był rektorem, zawsze znajdował czas dla studentów polonistyki. Kiedyś jedna ze studentek zapytała: – Księże Janie, o czym są Księdza wiersze.? Wszystkie o tym samym – odpowiedział – o miłości, tylko o niej warto pisać . W życiu – mówił, najważniejsze jest życie, a zaraz potem – miłość. Pragniemy jej od urodzin po śmierć. Niezależnie od wieku chcemy być kochani i okazywać miłość. Człowiek czułby się oszukany, gdyby nie zaznał miłości. Miłość to był jego temat. To jej poświecił wiersz ,,Kłopoty zakochanych”. Jego poezja odbiegała od schematu, jaki najczęściej nadajemy poezji religijnej. Brak w niej świętego patosu, męczeńskiego ducha i narodowościowych haseł. Są za to biedronki, żuczki , wiejskie kapliczki, dziurawiec, prostota i humor.. W swoim ,,Niecodzienniku” – przezabawnym, niezwykłym notatniku, utrwalającym krótkie anegdotki z życia bliźnich, także tych w sutannach, napisał kiedyś: ,,Jestem bardzo wdzięczny tym, którzy pisali recenzje i artykuły o moich wierszach. Stale się od nich uczę. Zdarzało się jednak, że omawiając moje wiersze pisano o dialektyce, antynomiach, Pascalu, Heraklicie, Heglu i koegzystujących realiach… Przeraziłem się…” Pisał on bowiem najprościej jak tylko można i dzięki temu trafiał do milionów czytelników. Przez ostatnie lata jego życia, był bodaj najczęściej wydawanym, czytanym i cytowanym polskim poetą. Najbardziej znany wiersz ,,Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”, w którym pozostawił refleksje, że kochamy wciąż za mało i stale za późno, zadedykował znanej poetce – Annie Kamińskiej, która przy nim się nawracała… ,,Trzeba się spieszyć z kochaniem innych – mówił. Nie tylko dlatego że grozi nam rozstanie z kimś bliskim z powodu śmierci, lecz też dlatego, że ludzie odchodzą od siebie, zmieniają partnerów, opuszczają rodziny, skazują bliskich na samotność. Być może dochodzi do tych rozstań, bo właśnie spóźniliśmy się z okazaniem uczuć, nie dość kochaliśmy, nie daliśmy odczuć bliskiej osobie, że jest wyjątkowa...” Dużo czytał – jak przystało na absolwenta filologi polskiej. Z prozy klasyków: Sienkiewicza, Żeromskiego, Prousta… Z poetów: Kamieńska, Herberta, Poświatowską. Mówił, że nie ma poetów wielkich i małych; są tylko różni od siebie… Przez lata nie był drukowany. Na jego tomikach nie pojawiała się informacja, że jest księdzem. Nie tylko ze względu na ograniczenia minionego ustroju. Taka była też jego wola, ażeby – jak mówił, nie narzucać czytelnikowi odbioru; przecież czytali go również niewierzący Bo w swoich wierszach nie pouczał, nie prawił morałów, nie straszył piekłem. Nikt delikatniej niż on nie potrafił mówić z niewierzącymi i o niewierzących. Był wyrozumiały dla niewierzących, znajdował właściwy język w rozmowie z nimi. To właśnie niewierzącym poświęcił wiersz ,,Wyjaśnienie”.

Był człowiekiem ze wszech miar dobrym. Kochał ludzi i oni kochali jego. Zwykle do jego konfesjonału ustawiały się kolejki. Niektórzy żartowali, że Ksiądz Jan zanim wysłucha grzechów już daje rozgrzeszenie. Mówił, że podczas modlitwy porannej powinniśmy oczyszczać się z uprzedzeń do ludzi. Był też człowiekiem ogromnej prostoty i pokory. Chodził nieodmiennie w skromnej sutannie, wysoki w rogowych okularach, ze skromną ortalionowa siatką w dłoni. Mieszkał tuż obok gwarnego ,,Krakowskiego Przedmieścia” w drewnianej kapelanii w głębi ogrodu na terenie klasztoru Sióstr Wizytek. To była jego oaza – dwa skromne pokoiki, wypełnione pamiątkami – starymi fotografiami, zegarami z kukułką, figurkami aniołków, osiołków i ptaków a więc przedmiotami, które lubił i które często były tematem jego wierszy. Profesor Anna Świderkówna – historyk literatury, filolog klasyczny, biblistka i tłumaczka powiedziała o nim, że to najbardziej pokorny ksiądz, jakiego w życiu spotkała… Przez całe życie uparcie powtarzał, że nie jest poetą ale księdzem, który pisze wiersze. Kiedy dostawał kolejną nagrodę, za każdym razem się dziwił. A nagród jakie otrzymał, nie zliczyłby pewnie on sam: Jedną z najpiękniejszych postaci w jego poezji jest Matka, ta nieziemska – Boska i ta ziemska jego Matka. Ta druga pojawia się dyskretnie, na moment, ale niesie ze sobą wiele serdecznych uczuć i nostalgiczne wspomnienia. ,, I widzę wreszcie moją Matkę w nie spalonym domu, przyszywa guzik co się gubi stale.Ile trzeba przejść nieba, żeby ją odnaleźć…” napisał w jednym z wierszy o Matce. Pytany o istotę swojej poezji odpowiadał : prostota, zwięzłość i… humor! – Humor nie przeszkadza – mówił. Ale pomaga zbliżyć się do człowieka i powiedzieć mu o tym co najważniejsze; o sensie życia, o tym, że to czego nie widać naprawdę istnieje, o miłości i o jej źródle a więc o Bogu. Sam był człowiekiem ogromnego humoru. Kiedyś na egzaminie do jednego z kleryków – późniejszego biskupa i także poety – Józefa Zawitkowskiego, znanego m. in. z poetyckich kazań w kościele Świętego Krzyża w Warszawie powiedział: ,, a piłować cię będę jak ten Kuba swoją nogę …” Także kiedyś na Boże Narodzenie napisał życzenia dla czytelników jednej z gazet ,,Szczęścia, zdrowia i karetki pogotowia, aby zdążyła”. Wiersze są wciąż moją słabością – mawiał ksiądz Twarowski u kresu swego życia. Zawsze chciałem je pisać lecz nie umiałem – mówił z pokorą. To wielka łaska Pana Boga, że ludzie je czytają. Jestem wzruszony, zwłaszcza teraz, kiedy chodzę z torbą, z kijem i śmierć już kiwa do mnie serdecznym palcem… Ostatni raz i już zdecydowanie kiwnęła dwadzieścia lat temu, 18 stycznia 2006 roku. ,,Zamiast śmierci racz z uśmiechem przyjąć Panie pod Twe stopy życie moje jak różaniec …” – zdążył jeszcze napisać tuż przed śmiercią! I odszedł – najpopularniejszy i najbardziej kochany współczesny poeta, który od lat poprzez swoją poezję wskazywał innym drogę do Nieba; wreszcie poszedł nią on sam… Ale tak naprawdę nie umarł, tylko ,,wymknął się” naszym oczom. Śmierć bowiem zawsze stanowiła dla niego jedynie przejście. Była znakiem, że po prostu ,,trzeba iść dalej”. Żegnały go – jak pamiętam tysiące ludzi. Najpierw w warszawskim kościele Sióstr Wizytek, gdzie była wystawiona trumna – prosta, dębowa, bardzo zwyczajna. Na niej leżał mszał, stuła, kielich mszalny i biret. Wokół kwiaty, rysunki dzieci i zdjęcia. Za klasztorną kratą modliły się zakonnice a z głośników rozlegał się śpiew ptaków… Potem było pożegnanie – uroczyste, napuszone – jak powiedziałby poeta. W bazylice Świętego Krzyża oprawa była bardzo ,,nietwardowska”, chociaż na taką właśnie zasługiwał. Spoczął w miejscu dla wielkich Polaków; w krypcie Świątyni Bożej Opatrzności w warszawskim Wilanowie. Panie, przyjmij tego poetę od ludzkiej zwyczajności w poczet swoich błogosławionych !

Włodzimierz J. Chrzanowski

fot. Biblioteka Pedagogiczna w Wolsztynie

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Poprzedni

Ostatni z kolędami …

Ostatnie z

Ostatni z kolędami …

2 lutego to Dzień Ofiarowania Pańskiego zwanego świętem Matki Bożej Gromnicznej. To ostatni dzień śpiewania kolęd.

Niezwykłe zjawisko

W niedzielę, o godzinie 7: 35, mieszkańcy Bucza, po wyjściu z kościoła w Przemęcie, zauważyli niezwykłe