Nasze trzy dni w Ukrainie

/
14 mins read
Od lewej: Andrzej Tywonek, ksiądz prawosławny Michajło, Maria Derkacz, Mykola Lytwyn

W dniu Święta Niepodległości, 11 listopada 2022 pani śp. Anna Tywonek (kiedyś kucharka w Przedszkolu Nr 3, koło szkoły zawodowej) obchodziłaby swoje 96. urodziny. I właśnie tego dnia z jej synem Andrzejem wyjechałam na Ukrainę z pomocą humanitarną do oddalonych od granicy
( Krościenko – Smolnica) jej rodzinnych Boniowic ( Bonevychi) koło Dobromila
w rejonie samborskim, dawniej starosamborskim.

Jak to się stało, że z Kresów znalazła się w Wolsztynie? Bliskim opowiadała, że zaraz po wojnie jako młoda dziewczyna wyszła z chaty po drewno do szopy. Leżał w niej zakrwawiony żołnierz. Poprosił, aby zawołała rodziców. Gdy przyszli nalegał, by dziewczyna pojechała z nim do Wolsztyna, gdzie są jego najbliżsi – żona i dzieci, bo tutaj już Polski nie będzie. Rodzice nie chcieli się zgodzić, w końcu ulegli, bo obiecał, że ona będzie im w Boniowicach pomagać, a on zatrudni ją u siebie w domu. Tak też się stało. Anna wyjechała w 1945 roku z żołnierzem. Po miesiącu już mieszkała u pp. Sepot na ul. Poniatowskiego w pobliżu przejazdu kolejowego. W Wolsztynie poznała swojego przyszłego męża Jana Tywonka. Rodzina Sepotów uciekła do Kanady z obawy o aresztowanie AK – owca. Pani Anna najbliższych z Bonevychi zobaczyła dopiero po 25 latach.

Na granicy nie było żadnej kolejki, a dalej w strefie przygranicznej zatrzymało nas wojsko. Gdy poznali nasz cel przyjazdu uprzejmie wskazali drogę.
W Boniowicach czekali już na nas, otworzywszy wcześniej wrota, kuzynka Gala
z mężem Mykolą Lytwynem oraz siostra Anny Tywonek – Maria Derkacz, podobnie jak pani Anna, z domu Buczyńska.

Po prawej stara chata, po lewej zabudowania gospodarcze

Na podwóreczku

Po prawej zabytkowa studnia. Widok z podwórka na okolicę

Wjechaliśmy na czyściutkie podwórko ich posiadłości. Cóż może zdarzyć się na takim małym podwóreczku, skoro nie ma tu nawet miejsca na kałużę? A jednak miejsce to już na pierwszy rzut oka było pełne pozytywnej energii. Nie było tu kontrastów, nie stał obok wysoki blok, z którego nikt nie zaglądał na maleńki cichy placyk, nie podglądał, nie oceniał. Takie podwórko samo wrosło w klimat niewielkich Boniowic ciszą ciasnej przestrzeni.. Chciałoby się jeszcze spojrzeć w spokojne niebo, ale wojna na Ukrainie trwa. Tutaj nie trzeba wspinać się na szczyt jakiegoś betonowego molocha, w którym człowiek i tak pozostaje tylko małą, ciągle pracowitą mrówką. Mrówką, bo taka przysiadła na klonowym liściu i na nim jest w herbie Boniowic. Podwóreczko pracowici gospodarze wyłożyli potoczakami. Miejscowość leży u podnóża Karpat na dwóch brzegach rzeki Wyrwy, której wody pędzą do Sanu, a kamienie – wytwory natury są unikalne w swej formie, nieprzemijające i o niesamowitych walorach estetycznych. Mogą, jak legendy o nich, przetrwać tysiące lat o ile jakiś tyran ich nie wyrwie.

Po wzruszającym powitaniu zaproszono nas do chaty i tam podjęto pierogami z farszem ziemniaczano – kapustnym, galaretą mięsną o czosnkowym smaku, chlebem z kiełbasą „moskowską” ( jeszcze!), nazywaną też tutaj banderowską. Zachęcano nas by sięgnąć po małe bułeczki z niespodzianką, którą okazał się farsz ziemniaczany. Do picia był kompot. Cieszyliśmy się wszyscy, że możemy tak razem się gościć, porozmawiać nawet o żabach, bo takowych już tu vona mae ( nie ma) za to gniazd bocianich duże bahato ( bardzo dużo), no i boćki, podobnie jak lisy, porywają z podwórek kurczęta i małe kurki. Mimo wojny i alarmów było cicho i spokojnie (w tej wsi prawa wołoskiego, położonej w 1. połowie XV wieku na ziemi przemyskiej). W latach 1611 – 1617 należała ona do rodziny Herbertów. Do dnia dzisiejszego są tu ruiny ich zamku.

W sobotnie przedpołudnie Mykola Lytwyn oprowadził nas po swoim małym gospodarstwie.

Krowa Murka

Później zaprosił na przejażdżkę po wsi. Pełni on funkcję zastępcy dyrektora tutejszej szkoły, jest też nauczycielem chemii.

Wyruszamy na wycieczkę po Boniowicach

Nasz przewodnik opowiedział nam m. innymi o kolejce wąskotorowej, która tędy przebiegała. Znajdowała się w odległości ok. 30 km od Przemyśla Głównego i kilkunastu kilometrów od Krościenka. Była to Pierwsza Węgiersko – Galicyjska Kolej Żelazna. Oddana została do użytku 25 grudnia 1872r.. Są plany odbudowy całej trasy z Przemyśla do Sanoka. W realizacji tego projektu uczestniczą Polacy. We wsi jest tylko jedna ulica im. Łesi Ukrainki ( Łarysy Petriwny Kosacz – Kwitki, herbu Korczak, ukraińskiej poetki, pisarki i krytyczki literackiej). Po drodze minęliśmy ważniejsze obiekty: cerkiew Apostoła Pawła, która stoi na miejscu starej Apostoła Filipa z 1847r. i grekokatolicką cerkiew Michała.

Przed nową cerkwią znajduje się gablota z fotografiami bohaterów ” Niebiańskiej Sotni”, którzy zginęli podczas bezpośrednich działań Euromajdanu ( Rewolucji Godności) w okresie między grudniem 2013r. , a lutym 2014r. w Kijowie.

Odwiedzamy szkołę

Pan Lytwyn poinformował nas, że we wsi była kiedyś drukarnia. Tu drukowane były m. innymi dzieła Jana Długosza, polskiego historyka, kronikarza, twórcy dzieła „Roczniki” czyli „Kroniki dawnego Królestwa Polskiego” oraz autora Kronik dziejów Polski, jednego z najważniejszych postaci w dziejach literatury i historiografii polskiej – Wincentego Kadłubka, uważanego zdaniem badaczy europejskich za jednego z najważniejszych przedstawicieli humanizmu chrześcijańskiego końca XII i początku XIII wieku.

Jeszcze tego dnia udaliśmy się na miejscowy cmentarz. Spoczywają tu prochy dziadków Andrzeja Tywonka – Iwana Wasyla (1896 – 1979) i Kateriny ( 1906 – 1971) Buczyńskich oraz innych krewnych, m. innymi wujka Oresta Derkacza. W Boniowicach do dnia dzisiejszego zmarły przez dwa dni jest jeszcze w domu rodzinnym. Anna Tywonek miała jednego brata Iwana Buczyńskiego i pięć sióstr – Darię, Stefę , Lubę i Michalinę oraz Marię. Żyją jeszcze tylko dwie.

Dwie siostry Maria i Daria

Jadąc przez wieś napotkaliśmy na bocznej drodze starą kobietę z workiem na plecach. Zbierała opadłe liście, jak ta pracowita mrówka z klonowego liścia w herbie Boniowic. Ma być czysto! – powiedziała, a zebrane liście zapewne przeznaczyła na kompost albo okryła nimi na zimę inne rośliny.

Podczas naszego trzydniowego pobytu w Boniowicach zaprosili nas do swoich domów kuzynowie – dwóch Igorów i Mikołaj oraz kuzynka Oksana. Męża Oksany nie było w domu, pracuje w Czechach. Za to przed ich gospodarstwem stała wysłużona do granic możliwości ciężarówka ZIŁ Jest jeszcze na chodzie. Jest z lat bodajże 50. Jeżdżą nią po drewno i wykonują miejscowym inne usługi.

Żona Igora Derkacza Maria ma polskie korzenie. Jest pielęgniarką i zatrudnia się w Polsce jako wykwalifikowana pomoc medyczna u starszych osób. Córka Derkaczów Marysia z mężem Pawłem z Drohobycza – miasta polskiego prozaika żydowskiego pochodzenia, malarza, rysownika i krytyka literackiego Bruno Szulza, mieszkają z małym synkiem w Warszawie i tam pracują.

Inny kuzyn Andrzeja Tywonka Igor pojął za żonę Swietłanę. Jest ona lekarzem weterynarii. Igor jest kolejarzem i pracuje przy odbudowie wspomnianej kolei wąskotorowej.

Żona kuzyna Mikołaja Galina, z wykształcenia rusycystka, nie chce już uczyć rosyjskiego. Po pracy zbiera się z koleżankami, by lepić pierogi i przygotowywać inne potrawy dla swoich na froncie. Członek ich rodziny jest w wojsku, w logistyce. To oni zabierają te i inne produkty z Polski i Europy na front i jadą z powrotem na wojnę.

W niedzielę wyjechaliśmy do cerkwi po księdza prawosławnego, który zaproszony został przez pp. Lytwynów na obiad do ich domu. Podano pieczoną kaczkę i rosół z niej. Było to z okazji naszych odwiedzin. Po drodze do cerkwi mijaliśmy mieszkańców wioski. Wszystkie kobiety szły w chustkach na głowie. Inaczej nie można. W filmiku pomyłkowo została przedstawiona siostra Anny Tywonek – Maria jako jej mama.

Niedzielny obiad z o. Michajło

Następnego dnia, po trudnym pożegnaniu, wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Wracaliśmy do domu pełni obaw i smutni, bo podczas naszego pobytu dwa razy był alarm, a już następnego dnia 15 listopada 2022r. zmasowany atak rakietowy na całą Ukrainę i śmierć dwóch Polaków z Przybyszowa. Nie dziwi więc, że od żołnierza ukraińskiego na granicy, gdy przypadkowo padło jedno słowo po rosyjsku, usłyszeliśmy: My nie rozmowlajemo mowoju okupanta.

Elżbieta Kopowska – Woźna

Składamy serdeczne podziękowanie dla wszystkich tych, którzy przekazali dary na Ukrainę.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Poprzedni

Jubileusz biblioteki

Następny

Zmagania ekologiczne w Świteziance

Ostatnie z

Czas adwentu

Dzieci poznały historię Świętego Joachima, który wprowadza ich w świat Biblii.

0 0.00