Brałem udział w powstaniu

18 mins read

Autor wspomnień jest bratankiem 18-letniego Franciszka Kaczmarka, poległego niedaleko Grodna w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Jego pomnik, znajdujący się na wolsztyńskim cmentarzu, przedstawia leżącego żołnierza.
Ojciec pana Wiesława – Władysław przewiózł poległego brata w trumnie obitej puszkami po konserwach (tę historię opisaliśmy w 1990 r.).
Władysław Kaczmarek podczas II wojny światowej walczył w II Korpusie we Włoszech. Spoczywa obok brata w ziemi wolsztyńskiej. Wiesław Kaczmarek mieszka w Stanach Zjednoczonych. Walczył w Powstaniu Warszawskim. Oto jego relacja.

Ten pierwszy dzień

Gdy zbliża się dzień 1 sierpnia, niezależnie jakiego to jest roku, dla wielu ludzi, szczególnie ze starszych roczników, jest to dzień szczególny. I to obojętnie, gdzie ich losy rzuciły wracają do tego dnia, który wiele lat temu przeżyli w Warszawie. Zdaję sobie sprawę, że ktokolwiek przeczyta moje wspomnienia, nie będzie w stanie odczuwać tego co ja. Chyba, że go losy wówczas rzuciły do Warszawy w ten pamiętny czas. Dla ludzi, którzy urodzili się w Polsce, już wiele lat po II wojnie, może to być trudne do zrozumienia. Ale dla nas – tych, co o piątej po południu wyszli do walki na ulice Warszawy, sprawa była prosta.

Wszyscy chcieliśmy być żołnierzami i uwolnić nasze miasto.

Nikt nas nie powołał do służby, działaliśmy z własnej nieprzymuszonej woli. Kompania, w której szeregach byłem z mymi najbliższymi kolegami, w większości składała się z rocznika 1925.
Tak jakoś dziwnie się złożyło, że ogromna większość chłopaków to był ten rocznik. Mogłoby się wydawać, że powołano nas do służby rozkazem dowództwa okręgu, a był to prosty przypadek. Ktoś mógłby zapytać, jak to się stało, że nagle w czasach okupacji zaczęliśmy formować organizację wojskową?
Otóż pierwszymi byli starsi od nas – ci, którzy potem byli dowódcami zgrupowań, kompanii czy plutonów. Były to roczniki starsze – rzecz jasna – niż rocznik 1925. Urodzeni w 1925, gdy kończyła się tragiczna kampania wrześniowa, mieli po 14 lat i jeszcze do jesieni nosili krótkie spodnie. Ale to wcale nie znaczyło, że byli dziećmi. Dziećmi przestali być już w 1939 r., gdy wiatr rozwiał dymy wybuchów bomb i niemieckiej artylerii.
Jeśli idzie o „nasze” zgrupowanie, które w czasie powstania miało nosić nazwę „Żniwiarz”, to pracę konspiracyjną zaczęli podchorążowie z regularnej armii Wojska Polskiego pchr. Gustaw Budzyński, pchr. Bogdan Kuner, pchr. Zbigniew Syrewicz i inni. Po przegranej kampanii roku 1939 nie poszli do niewoli, przedostali się do domu, który w ich wypadku był w Warszawie, na Żoliborzu. Syrewicz, przeszedł nocami, z rozbitego oddziału i wrócił do domu w mundurze i z karabinem. Jak mu się to udało zrobić, przechodząc przez liczne w tym momencie niemieckie oddziały naprawdę nie wiem. Ale nie tylko oni byli pierwszymi założycielami ruchu oporu. Był on spontaniczny w wielu warstwach naszego narodu. Przy końcu oblężenia Warszawy, jeszcze w wolnym skrawku niepodległej Ojczyzny, wyżsi oficerowie Wojska Polskiego ustalili między sobą plan odbudowy sił zbrojnych w konspiracji.
Porucznik Mieczysław Szeliga Morawski, zawodowy oficer saperów, w ramach tego odtwarzania konspiracyjnej siły zbrojnej został mianowany dowódcą zalążka tej organizacji właśnie na Żoliborzu. I do niego trafili wspomniani podchorążowie – wszyscy z gimnazjum im. Księcia Józefa Poniatowskiego, popularnie zwanym ,,Poniatówką”. A tymczasem my – piszę ,,my”, mając na myśli wspomniany rocznik 1925, mieliśmy już po 15 lat, a potem więcej, ale stale byliśmy smarkaczami. Nikt z nami nie gadał. Do szeregów wojska trafiliśmy z innej strony.

Zaczęło się to od harcerstwa

Zaczęło się to od harcestwa, bo harcerstwo ani nie skapitulowało, ani się nie rozwiązało. I tak pewnego listopadowego wieczoru w roku 1940 odwiedził mnie mój kolega – tak jak i ja uczeń gimnazjum Stefa- na Batorego i krótko, konspiracyjnym szeptem poinformował mnie, że harcerstwo istnieje i że 23. Drużyna Harcerska z gimnazjum S. Batorego jest i funkcjonuje. Kolega zapytał mnie czy kolega zechce wstąpić do drużyny. Muszę tu wspomnieć, że choć byłem uczniem tego wspaniałego gimnazjum, do harcerstwa nie należałem. Po prostu było to za daleko, aby po zajęciach szkolnych jeszcze jeździć tramwajem „M” na zbiórki. Mimo dość wysokiej rangi oficerskiej mego ojca mieszkaliśmy raczej skromnie – nie w śródmieściu a na dalekiej, ubogiej Pradze. Na Pra- dze, przed gimnazjum, chodziłem do „powszechniaka”, czyli do szkoły 126 przy ul. Otwockiej. Mając przed sobą dylemat wstą- pić czy też nie, poszedłem poradzić się mamy a mamę miałem „bojową”, bo to kresowianka aż z Żytomierza. Mama powiedziała: Idź, synu. No i tak zacząłem chodzić na zbiórki konspiracyjne na ul. Wilczą 2, do mieszkania państwa Mozołowskich, których syn Andrzej również był uczniem gimnazjum Batorego. Wilcza 2 była w bliskim sąsiedztwie dzielnicy niemieckiej z osławioną Al. Szucha, a lata 1941-1942 należały już do okresu wzmożonego terroru okupanta.
Aby uczestniczyć w zbiórkach na Wilczej, musiałem być drużynowym, no a to było najłatwiejsze do zorganizowania, miałem bo- wiem kolegów jeszcze ze Szkoły Powszechnej 126. Wszyscy z tego samego rocznika – 1925. Żaden nie odmówił, bo na Pradze to był wspaniały element chłopaków. Czas miał potwierdzić moją ocenę. Spędziliśmy też razem w tej drużynie trudne lata 1941-1942, głównie w tzw. ,,małym sabotażu”. Kolportowaliśmy gazetki, malowaliśmy hasła antyhitlerowskie, no i co było nieco poważniejsze – robiliśmy notatki z obserwacji ruchu oddziałów niemieckich.
Przychodzili też instruktorzy ze Związku Walki Zbrojnej. Uczono nas zasad organizowania łączności.

Rok 1943

Ale gdy nadszedł rok 1943, mieliśmy już po 18 lat. Chłopcy z Pragi rwali się do czegoś większego. Złożyliśmy wniosek, z prośbą o przeniesienie nas do oddziałów AK, i to tych aktywnie czynnych. Tak trafiliśmy do Kedywu 17, który podlegał tym wspaniałym podchorążym z Wojska Polskiego, którzy nigdy nie przestali służyć Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Ten rok w Kedywie to inna historia.
Dostaliśmy upragnioną broń krótką – pistolety Parabellum, FN14, Visy, granaty. Braliśmy udział w rozmaitych akcjach, przeważnie na terenie miasta. Wiele się zdarzyło w tym krwawym roku 1943.
Przechodziliśmy też szkolenie w zakresie drużyny i plutonu piechoty, ale to było raczej papierkowe wyszkolenie. Na wyjazdy w teren nie bardzo było można sobie pozwolić, bo Niemcy wszystko ściśle kontrolowali. Niektórych szczęśliwców wysyłano w końcu 1943/44 do oddziałów partyzanckich.

Gorące dni lipcowe


Przyszły gorące dni lipcowe. Niemcy cofali się na całej linii i wreszcie w końcu lipca przyszedł rozkaz, że V drużyna, w której ja byłem zastępcą, ma przejść na górny Żoliborz. Dowódcą ,,piątki” został mianowany pchr. Kazik ,,Kamiński” Jacyna. Nie byłem zbyt szczęśliwy z tego powodu, bo był on przysłany ,,z góry” i nie był z Pragi, tak jak my. Przeszliśmy most Kierbedzia, niosąc bardzo trefny ładunek – polskie hełmy piechoty, paręset naboi do KB. I do tego zupełnie byliśmy bezbronni, bo nasza broń krótka już w poprzednim miesiącu została przesłana na Żoliborz. Most obsadzała piechota i saperzy niemieccy.
Mieli również pancerfausty – widocznie spodziewali się niespodzianki od sowieckich czołgów.
Przechodziliśmy pojedynczo albo po dwóch. Tramwaje już nie jeździły, a na moście było jedynie kilku przechodniów. Gdy przyszła kolej na moją dwójkę – weszliśmy z Antkiem Czyżewskim, niosąc paczki z amunicją. Z grupy Niemców na przedmościu Pragi ruszył patrol kilku żołnierzy. Szli kilkanaście metrów za nami.
Zdążyłem powiedzieć Antkowi: Musimy zwolnić i ich przepuścić, bo jak przyspieszymy kroku, zatrzymają nas niechybnie. Przykląkłem, niby zawiązując but. Niemcy przeszli obok obojętnie. Nie był to przyjemny moment. Według przysłanego rozkazu, mieliśmy zapaść w szuwarach nad brzegiem Wisły, powyżej koty terenowej na północ od Cytadeli. Tam zebrała się nasza V drużyna. Nieco dalej IV i VI również drużyny praskie. O północy nadszedł patrol z Żoliborza. Był to nasz dowódca plutonu 230. pchr „Szumski” Zygmunt Wisłouch, Kazik Kamiński” i kilku innych. Przynieśli nam parę pistoletów maszynowych i trochę broni krótkiej. Poczuliśmy się lepiej. Następne parę dni lipca spędziliśmy w różnych kryjówkach, do których dochodziliśmy zawsze nocą.
Ostatni nasz postój był w bardzo ładnej prywatnej willi, położonej wśród ogrodów Żoliborza. Nawet był tam aparat radiowy.


Słuchaliśmy licznych stacji ze świata, wesołej tanecznej muzyki. Byliśmy bardzo blisko Instytutu Gazowego mocno obsadzonego przez SS. Wiedzieliśmy, że w paru podobnych willach był już nasz cały pluton. Tak spędziliśmy kilka dni. Nocą niektórzy z nas szli na patrole, ale głównie z plutonów 226. i 229.
Oni lepiej znali teren. Żoliborz to był ich dom. Jednej nocy przynieśli nam kilkanaście karabinów. Były to nowe niemieckie Mausery, identyczne, jak miała przed- wojenna armia polska, ale nie każdy dostał Mauser. Mnie przydzielono pistolet parabellum. Dwóch naszych z ,,piątej” odeszło do specjalnego zadania. Byli to Tomek Wójcik ps. ,,Erwin” i Tadek Liszka ,,Gryf”.

1 sierpień 1944 roku

Pierwszego sierpnia pobudkę mieliśmy wcześnie. Był to alarm bojowy. Więc to będzie dziś – każdy z nas pomyślał. I znowu zmiana lokalu – tym razem w dzień. Broń krótką sprawnie ukryliśmy pod luźno zapiętą marynarką, hełmy i karabiny pakowaliśmy na mały wózek pełen warzyw, zaprzężony w mizerną szkapę. Rysiek Pokorski ,,Admirał” zgrabnie schował ,,sten” pod letni płaszcz, drugi pistolet maszynowy miał Kazik Kamiński. Był to oryginalny niemiecki Schmeiser, w bardzo dobrym stanie. Gdy przechodziliśmy opustoszałe ulice Żoliborza, minęliśmy stojący niemiecki wóz pancerny.
Załoga była na zewnątrz. Ogromna pokusa, ale rozkazy były wyraźne – żadnej akcji.
Dalej przy dzielnicowej podstacji telefonów żołnierz wartownik nie stał w swojej budce, a na dachu budynku. ,,Coś czują” – przemknęło nam przez głowę. Na tzw. dolnym Żoliborzu grupkami, po dwóch albo pojedynczo, wchodziliśmy do budynku, w którym był popularny wówczas magiel. Tam zawsze interesanci wchodzili. Gdy weszliśmy do piwnic, zastaliśmy pozostałe drużyny. Był nasz cały pluton. Rozdano nam szaroniebieskie kombinezony, które, gdy włoży- liśmy na pstrokate odzienie, zmieniło nasz wygląd zupełnie. Byliśmy umundurowani. Hełmy i pasy skórzane mieliśmy starannie zebrane już lata poprzednie. W pewnym momencie do piwnicy wszedł pchr ,,Szymura”, a z nim Tomek i Tadek.
Teraz zrozumieliśmy, dlaczego poprzednio ich od nas zabrali. Mieli stanowić obsługę najważniejszej naszej broni – był nim wspaniały niemiecki karabin maszynowy – model MG 42.
Tomek Wójcik, mój kolega jeszcze z powszechniaka, był najlepszym kandydatem, aby tę broń obsłużyć. W 1942 r. w czasie okupacji on i jeszcze kilku praskich chłopaków dostali się do pracy, która była niesłychanie dla nich atrakcyjna. Otóż, aby nie być wywiezionym do pracy do Niemiec, młodzi ludzie szukali pracy, która dałaby im „żelazne papiery.” Los im sprzyjał, bo istniały wtedy szkoły zawodowe. W jednej z nich – szkole metalowców – Niemcy przymusowo zabierali uczniów na Fort Bema. Nie było lepszego miejsca do zdobycia koniecznej edukacji. W Forcie Bema były zakłady reperacji broni. W VI drużynie ,,Dyzio” Zygmunt Zabłocki, Bogdan Wierzbicki ,,Diabeł”, Stefan Malinowski ,,Dragon”, i Jurek Szymczak ,,Dougals”, postanowili zrobić Niemcom niespodziankę. W hali, w której reperowali broń, na każdą przerwę i po pracy niemiecki majster zamykał każdą sztukę broni w stalowej szafie. Hala też była zamknięta natychmiast po godzinach pracy. Majster nie wziął pod uwagę faktu, że pracujący chłopcy byli obeznani z zamkami i kluczami. Otworzyć szafę mogli, bo zrobili kopię kluczy. Jedynym problemem było wejście do hali, zamkniętej od zewnątrz przez inne zamki. Ale w ubikacji było małe okienko. Wystarczyło zostawić je nie zamknięte. Następna część akcji wymagała silnych nerwów, ale też i wątłej budowy śmiałka. Dyzio nadawał się w sam raz. Przesunął się do wewnątrz przez ten właśnie lufcik, otworzył szafę pancerną i przez wspomniane okienko, jeden po drugim oddawał zdobycz. W ten sposób trafiło w nasze ręce 12 pistoletów parabellum i dwa schmeisery. Potem należało z tym wszystkim przejść przez wartownię, bo cały Fort Bema był strzeżony, ale i to wykonali brawurowo.

Wychodzić!

1 sierpnia broń ta przydać się miała ogromnie. O 1.00 po południu, dostaliśmy upragniony rozkaz. Trzy plutony po raz pierwszy spotkały się w parku przy ul. Promyka. Niestety, nie wszystkie były w komplecie. Rozdano nam opatrunki osobiste, granaty ręczne i bardzo uroczyście przypięto opaski biało-czerwone z numerami plutonów, literą WP i orłem. Byliśmy żołnierzami Wojska Polskiego – już teraz zupełnie jawnie. Porucznik ,,Szeliga” Morawski i Gustaw Budzyński „Szymura” spokojnie wydawali rozkazy.
O 2.00 po południu od strony Pl. Wilsona słychać było gwałtowną strzelaninę i wkrótce po tym silne detonacje. Nie wiedzieliśmy, że je- den z naszych patroli dowodzony przez pchr. Sierpińskiego został zaatakowany przez lotników niemieckich. Wywiązała się walka, nasi zdołali uratować transport broni i wycofali się sprawnie. Tuż po tym nadjechało ,,Uberfallkomando” żandarmerii niemieckiej, która, przeszukując sąsiednie domy, weszła na teren koncentracji oddziału wojskowego PPS. Do walki Niemcy „rzucili” czołgi. Szymura rozkazał mi poprowadzić drużynę i szperaczy na kierunek Al. Słowackiego.


Musieliśmy przejść przez otwarty teren Pl. Lelewela. Nasz KM wraz z Tomkiem, Szymurą i Kazikiem osłaniał naszą tyralierę. Biegliśmy i padali, bo z boku terkotały niemieckie karabiny maszynowe, z Instytutu Gazowego obsadzonego przez Wermacht. Doszliśmy do małej uliczki między budynkami, którą przecinała Al. Słowackiego, ale tu nasi szperacze, Rysiek Pokorski i Jurek Sobczak, dali nam znak, aby upaść. Przed nami z dużą szybkością przejechały ciężarówki żandarmerii. Jeden z moich nie wytrzymał i spoza metalowej bramki złożył się i rąbnął w następny wóz. W tym czasie doszli do nas Kazik i Szymura i kazali przeskoczyć szeroką Al. Słowackiego. Ponagleni szperacze znowu próbowali przeskoczyć aleję, ale nagle dali nam sygnał ,,padnij”. Sami zapadli poza stopniem sklepu na rogu budynku. Przed nami ukazały się pojazdy pancerne. Były to dwa działa samobieżne dużego kalibru. Pojechały za oddziałami żandarmerii. Wówczas pod dowództwem Szymury i Kamińskiego całą drużyną przebiegliśmy w poprzek alei i skręciliśmy poza budynkami w prawo. Przebiegając, zobaczyłem, że Niemcy zatrzymali swoją kolumnę o paręset metrów dalej na tejże alei. Szymura kazał nam iść wzdłuż drogi na tyłach budynków dawnej prochowni jeszcze z czasów carskich. Były to parterowe domy z cegły otoczone wałem ziemnym z trzech stron w formie podkowy. Szliśmy cicho i gotowi na spotkanie z wrogiem. Po kilkunastu metrach, wśród ogródków działkowych zobaczyliśmy trzech żandarmów stojących z karabinami gotowymi do strzału. Nie spostrzegli nas. Szymura dał sygnał ręką, aby złożyć się do strzału. Jednocześnie dwa nasze pistolety maszynowe rąbnęły serię. Niemcy zapadli w kartofle, a Szymura dał rozkaz: Rzuć granat. Jurek Sobczak rzucił jeden i natychmiast po jego wybuchu drugi. Moment później usłyszeliśmy warkot motorów i spoza budynków przy Słowackiego wyjechało pierwsze działo samobieżne z grupą żandarmów biegnących tuż za nim. W sekundę potem następne. Nie było chwili do stracenia. Działa tymczasem zajechały półkolem, obróciły się do nas frontem, a Niemcy rozwinęli się tyralierą. Leon Mościcki pseudonim ,,Grom” położył się na stoku wału i widząc z tej wysokości teren lepiej, zdążył krzyknąć: Oni idą na nas.
Chłopaki zapadli się w płytkim rowie przed budynkiem, w części nieosłoniętej przez wał ziemny. Wówczas Kamiński rozkazał rzucić granaty. Niemcy otworzyli morderczy ogień z kilku karabinów maszynowych. Pociski waliły tuż ponad naszymi głowami w mur domu i okna. Odpryski cegieł i szkła posypały się nam na głowy. Byliśmy w potrzasku, bo cofnąć się nie było jak – otaczał nas z trzech stron wał ziemny.
Wbiec na niego pod ogniem kilku karabinów maszynowych – znaczyło zginąć. W jednym momencie zobaczyłem, że Szymura jest pokrwawiony. Nagle powie- trzem targnął huk wystrzału z działa. Pocisk przeszedł górą. Natychmiast po nim drugi, ten trafił w narożnik budynku, który rozleciał się, podnosząc chmurę ceglastego dymu. Ten moment wykorzystał Kamiński i krzyknął: Chłopaki, przez wał! Skoczyliśmy na wał błyskawicznie i stoczyliśmy się w dół. Przed nami było pole i ogródki działkowe, a o 100 m dalej długi „blok” budynku mieszka- lnego. Były tam budynki 3- piętrowe zbudowane w kilku liniach z podwórkami wzdłuż. Biegliśmy ile sił w nogach, ale ogień z karabinów maszynowych mógł nas skosić jedną celną serią.
Krzyknąłem do obok biegnących: Padnij! W tejże chwili oślepił mnie płomień ognia. Nie słyszałem eksplozji. Gdy podniosłem głowę, liście kartofli i moje ręce ociekały krwią. Pomyślałem: Dostałem. Wzrok mój padł na kogoś z boku. Był to Leon Mościcki ,,Grom”. Górna część czaszki była odrąbana jak toporem. Zobaczyłem kręgi mózgu. Wraz z paroma kolegami skoczyliśmy do przodu, aby dostać się do zbawczego budynku. Niestety, wzdłuż budynku był drewniany płot, a przed nim mało widoczny, ale bardziej niebezpieczny rozciągnięty drut kolczasty. Na lewo ode mnie Kazik Kamiński krzyknął: Sławek, tam jest przejście! Przeskoczyliśmy przez tę przerwę w sekundę, ale jeszcze zdążyłem zauważyć jak Kazik, klęcząc przed zasiekiem, odwrócił się frontem do Niemców i zaczął strzelać ze swojego PM. Do budynku dostaliśmy się przez wybite okno i poprzez klatkę schodową wyskoczyliśmy na podwórze. Był tam Szymura z kilkoma żołnierzami i kazał mi obsadzić pierwszą klatkę schodową. Reszta plutonu „zapadła” w klatkach środkowej i ostatniej. Rozstawiliśmy się z chłopakami prawidłowo. Dwóch w głębi pokoju z widokiem na pole i forty prochowni. Dwóch na stronę wejścia i klatki z podwórza.
W naszej grupie znalazł się nieznany mi podchorąży w mundurze z 1939 r. uzbrojony w pistolet. Po chwili zorientowaliśmy się, że Kazika między nami nie ma. Obserwacja z okien nie dała wyników. Tymczasem Niemcy nie próżnowali. Z hukiem motoru działo samobieżne podjechało do płotu z siatki przy naszym końcu budynku. Zgniotło go i zajęło dogodną pozycję do ostrzału. Stanęło ok. 30 m od okien, tak że rzut granatem okazał się niemożliwy. Sprawdziliśmy, czy jest wejście na dach – niestety, nie było. Przejścia z piwnicy do piwnic wzdłuż gmachów też nie było. W otwartym oknie klatki (refleks w szybie) dawał mi dobry widok na działo jak i na piechurów, gdyby przyszła im myśl do głowy iść wzdłuż ścian budynku. Działo otworzyło ogień na końcową część budynku. Mogli to zrobić, bo sam gmach jak i sąsiednie były zbudowane nie w linii prostej, ale szły lekkim łukiem. Pozostało tylko czekać. Gdy słońce rzuciło cień naszego gmachu na sąsiedni, zauważyłem cień człowieka w hełmie przesuwający się między kominami. Poruszał się wolno od strony Niemców wzdłuż budynku.
Pomyślałem: Muszą mieć drabinę przeciwpożarową i za chwilę podłożą nam jakiś ładunek ponad głowami. Jednak cień ruszył w przeciwnym kierunku. Moment po tym wybuchy granatów blisko działa przekonały nas, że był to je- den z naszych. Niestety, nie dorzucił, ale efekt był natychmiastowy. Działo szybko cofnęło się do tyłu. Gdy zapadł zmrok, nasi wyszli z końca gmachu i doszli do nas. Ten, co rzucał granat, nazywał się Barski – zgłosił się na ochotnika. W końcu gmachu spotkaliśmy Tomka i Tadka, z ich MG 42 byli rozgoryczeni, bo ich karabin maszynowy nie strzelał seriami. Miał jakiś defekt, którego nie umieli usunąć. Od ognia działa ciężko ranny został Staś ,,Dolina” z IV drużyny. Zmarł z powodu odniesionych ran dwa dni później. Stałem w piwnicy z kilkoma kolegami z IV i V drużyny.

Rozliczenie

Rozmawialiśmy o tym, czego doświadczyliśmy i robiliśmy rozliczenie. Taki sam rachunek robił płk Mieczysław Niedzielski ,,Żywiciel”, który otrzymał meldunki z innych części swojej dzielnicy. Wszędzie atak powstańców na umocnione punkty niemieckie zawiódł, a były to obiekty niemałe. Cytadela Warszawska, Instytut Chemiczny obsadzony przez SS, Centrum Wychowania Fizycznego, duży kompleks na Bielanach obsadzony przez lotników niemieckich no i cel naszego natarcia – dwie baterie ciężkich dział przeciw-lotniczych kalibru 105, dwa szybkostrzelne czterolufowe działa i bateria reflektorów. Koło 10.00 wieczór zawezwano mnie do Szeligi. Zjawił się też ranny Szymura. Kazano mi wybrać czterech żołnierzy z V drużyny i iść na patrol dokładnie drogą naszego wycofania się aż do Fortu. Zadanie – stwierdzić, czy nie ma tam Niemców. Pod osłoną ciemności wyszliśmy z piwnicy i pomału szliśmy w stronę przerwy w zasiekach. Tam leżał pchr. Wiesław Kaczmarek (Halicz) z Lechem Kaczyńskim, ówczesnym prezydentem Warszawy, na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego podczas uroczystości 61. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego Kazimierz Jacyna „Kamiński” – ten, któremu zazdrościłem, że został dowódcą mojej drużyny. A to przecież on ocalił tę drużynę przed wystrzelaniem na drutach. On osłonił nas na te kilkanaście sekund, które brakowały nam na dojście do zbawczego gmachu.


Ruszyliśmy dalej w stronę Fortu, bo jeśli są Niemcy, to tu by byli na pewno. Gdy doszliśmy do budynku z urwanym narożnikiem, ze strony gmachów na Al. Słowackiego usłyszeliśmy rozmowę po polsku. Pierwszą spotkaną osobą była mała dziewczynka – zagubiona łączniczka z jakiegoś oddziału Niemców tu nie ma. Czy mogę iść z wami? Poszliśmy. W drodze dała mi trzy chlebaki. Były jakieś ciężkie i lepkie. Gdy zameldowałem Szymurze powrót patrolu, w świetle latarki zobaczyłem, że były nasiąknięte krwią.
O 12.00 w nocy kompania dostała rozkaz ruszyć na północ, na Lasy Kampinoskie, jako tylna straż wycofujących się żoliborskich zgrupowań.
Wśród ulewnego deszczu szliśmy polami żegnani przez łuny nad Warszawą. Z całej naszej kompanii poległo 13 chłopaków.

Wiesław Kaczmarek
GW nr 14-2007

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Poprzedni

Walczył w Bitwie Warszawskiej

Następny

Wywieziona na Sybir w 1951 roku

Ostatnie z

Niezwykłe zjawisko

W niedzielę, o godzinie 7: 35, mieszkańcy Bucza, po wyjściu z kościoła w Przemęcie, zauważyli niezwykłe