W trzecim numerze Głosu Wolsztyńskiego, w 1990 roku opublikowałam rozmowę z panem Janem Wosiem, żołnierzem niezłomnym pt. ,,Ocalić od zapomnienia”. Przypominamy ją dziś.
Rozpoczynamy cykl wywiadów, wspomnień z ludźmi, których przeszłość owiana tajemnicą ma wreszcie prawo do jej odsłonięcia.
Spotkałam się z zarzutem, że w środkach masowego przekazu nastąpił przesyt wspomnieniami o stalinowskich łagrach, represjach lat powojennych. Czy pan jako żołnierz Armii Krajowej zgadza się z tym?
– Spotkałam się z zarzutem, że w środkach masowego przekazu nastąpił przesyt wspomnieniami o stalinowskich łagrach, represjach lat powojennych.
Czy pan jako żołnierz Armii Krajowej zgadza się z tym?
– Zależy, kto taki zarzut stawia. Na pewno nie ten, kto przeszedł piekło deportacji, łagrów, i nie ten ,kto przeszedł śledztwo i więzienie, dlatego, że należał do Armii Krajowej.
Z przykrością stwierdzam, że dotychczasowa propaganda zrobiła swoje. Uważam, że jeszcze za mało się na ten temat mówi, za mało, by poznać całą prawdę o tamtych latach.
Pański życiorys mógłby być tematem scenariusza filmowego…
– Uważam że mój życiorys jest podobny do setek życiorysów żołnierzy AK. Wszystko zależało od stanowiska i funkcji, jaką trzeba było pełnić. Nigdy nie uważałem się za aktora, spełniałem tylko swój żołnierski obowiązek.
Nie zrezygnował pan z walki po zakończeniu wojny.
-To jest pytanie, na które odpowiedź mogłaby znaleźć się w scenariuszu filmowym. Tyle bowiem rzeczy wydarzyło się w okresie od lipca 1944 roku do połowy 1945 roku, że nie jestem w stanie o nich krótko opowiedzieć. Muszę przyznać, odpowiadając na pani pytanie, że z walki nie zrezygnowałem.
Do pańskiej biografii powrócimy na łamach „Głosu”, aby zachowała się jako dowód nieznanych dobrze, a przemilczanych dziejów. Najnowsza historia domaga się prawdy o powojennych oddziałach leśnych. Czytałam kiedyś w „Gazecie Lubuskiej” notatkę o pańskim ugrupowaniu.
-w ,,Gazecie Lubuskiej” nie pisano o moim ugrupowaniu, lecz o bandzie Wosia. Prawda jest inna. Po prostu zostałem przeniesiony z funkcji adiutanta komendanta obwodu Zamość do dyspozycji dowódcy Wielkopolskiej Samodzielnej Grupy Ochotniczej „Warta”. Tu otrzymałem nominację na dowódcę obwodu wolsztyńskiego tej organizacji. Działalność tę prowadziłem na tym terenie do końca 1945 roku.
Czy pańska działalność nie zaważyła na pracy zawodowej?
-Tak, wielokrotnie zmieniałem miejsce pracy. Nie zawsze z własnej woli. Byli inni ważniejsi, którzy decydowali o tym. Należałem i należę do „typów,” którzy tak szybko się nie załamują.
Niedawno usłyszałam wypowiedź młodego człowieka, który zastanawiał się nad tym „o jakiej to wolności mówią w telewizji, przecież cały czas od 1945 roku byliśmy wolni.” Co pan odpowiedziałby mu?
– Może ów człowiek miał swobodę działania, więc nie należy mu się dziwić. A poradziłbym mu ,aby zastanowił się nad tym ,dlaczego wszystkie społeczności naszego obozu tą „pełną” posiadaną wolność chcą zamienić na niepewność dnia jutrzejszego.
Przypomina się historyjka z pieskiem na łańcuchu. Przyzwyczajony do niego i swej budy nic poza nimi nie widzi, jest mu dobrze. Gdy jednak spuści się go z łańcucha nie chce do niego wracać.
Zaangażował się pan do pracy w Komitecie Obywatelskim i założył koło Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej. Pracuje pan z wielkim oddaniem i pasją ,nie jeden młody człowiek mógłby panu pozazdrościć.
– Chciałbym pobudzić świadomość ludzi do tego, że teraz wszyscy stajemy się odpowiedzialni za swoje miasto , gminę. Uczynimy to poprzez wybory do samorządów lokalnych. Wyborcze hasło powinno brzmieć:” właściwy człowiek na właściwym miejscu”.
Anna Domagalska
Dwa miesiące po naszej rozmowie odbyły się wybory do Rady Miasta i Gminy Wolsztyn. Radni 6 czerwca 1990 roku wybrali burmistrzem Jana Wosia.

25 maja 2016 roku odsłonięto w Wolsztynie pomnik poświęcony Żołnierzom Wyklętym – Niezłomnym. Powstał z inicjatywy Komitetu Budowy Pomnika. Wśród zgromadzonych tego dnia na skwerze przy wolsztyńskim szpitalu, gdzie powstał pomnik, była żona śp. Jana Wosia, pani Salomea Woś. Data odsłonięcia pomnika była nieprzypadkowa.
15 marca 1948 roku rotmistrz Witold Pilecki został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 25 maja 1948 roku, w więzieniu mokotowskim przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Został zamordowany strzałem w tył głowy. Tak komuniści rozprawiali się z bohaterami.
Witold Pilecki swojej żonie polecił, by zawsze do poduszki czytała dzieciom książkę Tomasza z Kempis ,,O naśladowaniu Chrystusa”.
