Pan Wacław Święcicki (były dyrektor Zespołu Szkół Rolniczych w Powodowie) ukończył 100 lat

5 mins read
Pana Wacława Święcickiego z okazji jego 100. urodzin odwiedził burmistrz Wolsztyna Dominik Tomiak i sołtys Aleksander Jakowczyc. Na zdjęciu także sąsiedzi pana Wacława.

Pan Wacław Święcicki 2 kwietnia skończył 100 lat. Był dyrektorem w Zespole Szkół Rolniczych w Powodowie. Niewiele wtedy mówił o swojej przeszłości, bo przecież w PRL-u nie wszystko można było ze swego życiorysu przekazywać. Pierwszym pytaniem, które zadałam mojemu byłemu dyrektorowi było pytanie, o okres życia, który najchętniej wspomina.
– Powracam często do czasów wojny 1943-1944. Byłem młodym człowiekiem należałem do Oddziału Wileńskiego Armii Krajowej.
Byłem kurierem, ale robiło się wszystko, co wymagała walka z Niemcami i z partyzantką sowiecką. Broniliśmy ludność cywilnej przed Niemcami, likwidowaliśmy transporty wiozące więźniów. Odbijaliśmy więźniów politycznych. Jako 19-latek przeżywałem te grożące życiu sytuacje.
Pan Wacław Święcicki wspominał swoją rodzinną miejscowość Lidę, oddaloną 100 km od Wilna. W tym mieście powiatowym uczęszczał do szkoły podstawowej gimnazjum.

– To miasto związane jest z moją młodością, szkołą średnią. Głęboko byłem z nim związany. W 1939 roku Lida została przez Niemców zbombardowana, ponieważ tu była koncentracja wojsk specjalnych. W 1944 roku została całkowicie niemal spalona przez Niemców. Spłonął wówczas kościół parafialny. Przed wkroczeniem Rosjan, Armia Krajowa przeprowadziła akcję Burza. Polegała ona na organizowaniu w miastach administracji polskiej. Mój oddział po wyzwoleniu Wilna od Niemców utworzył tam polską administrację. Tak było w wielu miastach, gdzie AK organizowały ją. Rosjanie po wkroczeniu do Wilna zorganizowali zbiórkę Akowców. Mój dowódca zawołał mnie do siebie i powiedział mi, że ,,Rosjanie będą robić porządek z AK.” Poradził mi, abym uciekł. Udałem się do rodziny na wieś, oddalonej 6 km od Lidy. Tam wydawało się być bezpiecznie, ponieważ teren wokół wsi był bagnisty. Dowiedziałem się jednak, że tam działa rosyjska partyzantka i wiedziałem, co mnie czeka. Dotarły do mnie informacje, że w Białymstoku jest pobór do Armii Wojska Polskiego. Dostałem się do IV Zapasowego Pułku Piechoty – I Dywizji. Jego zadaniem była mobilizacja Polaków do tego wojska. Ponieważ ukończyłem kilka klas gimnazjum, zaproponowano mi Oficerską Szkołą w Razaniu. W listopadzie albo w grudniu odebrano od nas przysięgę i otrzymaliśmy przydział do Jednostki Frontowej Wojska Polskiego.

Pan Wacław nie został zakwalifikowany do Szkoły Oficerskiej.

– Przydzielili mnie do I Dywizji. Wsadzili do pociągu i zawieźli nas do Zielonki koło Warszawy, Pragi. Byłem w Jednostce I Pułku. Przebywaliśmy w okopach nad Wisłą. Dochodziły do nas (z Warszawy) nagrania piosenek przedwojennych antyrosyjskich. To była niemiecka propaganda.17 stycznia 1945 roku forsowaliśmy Wisłę.

Pan Wacław zobrazował przerażający obraz wojenny. W Warszawie uczestniczył w krótkiej defiladzie, swojej kompanii.

– Szukaliśmy chleba, ciepłego ubrania. W Białymstoku dano nam odzież letnią, a temperatura wynosiła -17 stopni C. Znalazłem futerko, które założyłem pod płaszcz. Po wspomnianej defiladzie skierowano nas do Bydgoszczy. Maszerowaliśmy. Nauczyłem się spać idąc.

???

Szedłem trzymając się pasa kolegi i spałem w marszu. Potem wymienialiśmy się. On trzymał mój pas i spał idąc. Mieliśmy krótkie odpoczynki. Brakowało jedzenia. Znalazłem kuchnię, a w niej chleb, dużo chleba. Zapakowałem go do plecaka. Grupażołnierzy znalazła beczkę z miodem i spróbowali tego miodu. Okazało się, że miód był zatruty i trafili do szpiala. Maszerowaliśmy nocą na granicę polsko-niemiecką, przede wszystkim lasami i duktami leśnymi. Wielkie wrażenie zrobił pierwszy ostrzał jednostki po stronie niemieckiej. Nasz oddział okrążono. Zostałem ranny. I trafiłem do szpitala przyfrontowego. Po dwóch tygodniach wróciłem do jednostki.

Pan Wacław Święcicki z niezwykłą dokładnością opisuje wojenne zdarzenia. Jego oddział forsował Odrę. W miejscowości oddalonej o 60 km od Berlina, w wyniku wybuchu pocisku został poważnie kontuzjowany i trafił do szpitala urządzonego w barakach. Stamtąd przeniesiony został do Bytomia do Samodzielnego Batalionu Wyzdrowieńców.

– Nastąpiła demobilizacja, można było pozostać w jednostce Ministerstwo wydało rozporządzenie, że żołnierze, którzy chcieliby pracować w szkolnictwie podlegają demobilizacji. Wybrałem zawód nauczyciela. Nie byłem zupełnie zdrowy, więc postanowiłem pójść do cywila. Otrzymałem odprawę 400 zł, była to symboliczna suma oraz 200 sztuk papierosów. Każdy, kto odchodził otrzymywał akt nadania ziemi do 15 ha, bezpłatnie z pełnym wyposażeniem gospodarstwa. Myślałem o rodzicach, że przyjadą do Polski. Chciałem ich zabezpieczyć.

Pan Wacław opowiada o drodze jaką przebył pociągiem z Katowic potem do Łodzi,bo tam liczył na posadę nauczycielską.

Myśl o rodzicach sprawiła, że wyruszyłem na północ do Gdańska, a stamtąd na zachód. Zatrzymałem się w Słupsku. Poszedłem na stację i tam spotkałem żołnierzy zdemobilizowanych. Zapytali mnie, co ja tu robię ?Odpowiedziałem, że szukam miejsca na świecie. Dowiedziałem się, ze administratorami tych terenów są rosyjscy żołnierze. Nie wiedziałam, czy pozwolą mi się tu osiedlić. Gospodarstwa we wsi były zasiedlane przez żołnierzy, zostało do wyboru trzy gospodarstwa. Wioska bardzo mi się spodobała. Las, łąki robiły ,,przytulne” wrażenie. Spodobało mi się gospodarstwo. Tam mieszkało starsze małżeństwo niemieckie, które czekało na wyjazd. To gospodarstwo było bardzo dobrze wyposażone. W 1946 roku zostałem właścicielem poniemieckiego gospodarstwa.. Napisałem list do rodziców informując, że mam dla nich zarezerwowane gospodarstwo. Po trzech tygodniach otrzymałem list od brata, który mi napisał, że nie mogą wyjechać, bo ojca aresztowali. Rosjanie skazali go na trzy lata więzienia za współpracę z Niemcami, a AK uważali za organizację, która z nimi współpracowała. Ponadto na niekorzyść ojca była moja przynależność do AK i ucieczka do Polski. Nie przyjechał też brat, ponieważ nie chciał zostawić rodziców. A ja przecież chciałem być nauczycielem, dlatego dojeżdżałem na kurs do Słupska i tam zobowiązałem się, że w ciągu trzech lat zdam maturę. W czasie, gdy dojeżdżałem na kurs, małżeństwo niemieckie pomagało w gospodarstwie aż do ich wyjazdu. W Żabnie zorganizowałem szkołę czteroklasową.

Pan Wacława z gospodarowania na roli wyzwolił wujek, który przyjechał do Polski z Lidy.

– Odstąpiłem wujkowi gospodarstwo pod warunkiem, że jeśli rodzice przyjadą do Polski, to będzie musiał zrezygnować z gospodarstwa. Opuściłem gospodarstwo w 1947 roku.

Czy odwiedzał pan swoją rodzinną miejscowość Lidę?

– Dopiero w 1957 roku mogłem tam pojechać. Byłem zdumiony, jak szybko ją odbudowano. Pozostały ruiny zamku Gedymina.

Proszę powiedzieć, w czym tkwi tajemnica pańskiej sprawności? Posługuje się pan komputerem, sam gotuje sobie obiady…

– Trzeba słuchać organizmu. Organizm wszystko mówi. Nie robić tego, czego nie można. Jeśli wybieram się na spacer, to idę do momentu, kiedy organizm powie, że wystarczy. Te uwagi dotyczą osób 60 plus.

Co pan jada, pije?

– Nie piję kawy, bo mi nie smakuje. Lubię zieloną herbatę. Jadam drób i ryby, które przyrządzam na parze. Nie piłem alkoholu i nie paliłem. Także nie jadam słodyczy.

Dziękuję bardzo za rozmowę

Anna Domagalska

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Poprzedni

Dziś 21 kwietnia odszedł do Pana Papież Franciszek

Następny

Pojawił się na dachu…

Ostatnie z

Niezwykłe zjawisko

W niedzielę, o godzinie 7: 35, mieszkańcy Bucza, po wyjściu z kościoła w Przemęcie, zauważyli niezwykłe