Panią Zofię Korościk poznałam na cmentarzu. Od sześciu lat co- dziennie przychodzi tu na grób męża. Opowiedziała mi swoją historię. Pani Zofia pochodzi z Wileńszczyzny ze wsi Pietraczki, gm. Budsław, pow. Wilejka, woj. Wilno.
17 września 1939 r. Rosja Sowiecka zajęły dawne tereny polskie, w tym Wileńszczyznę.
Nasze Kresy najbardziej wycierpiały za polskość – mówi pani Zofia – a naród był kształcony i się nie dał. Do kościoła chodziliśmy 7 km. Po Mszy św. o godzinie 9.00 były nieszpory. Cały dzień siedzieliśmy więc w kościele. W Budsławiu był taki piękny kościół jak na Jasnej Górze. Kiedyś Ruskie obie- cali premię temu, kto wejdzie na wieżę i zrzuci krzyż. Jeden się zgłosił, wszedł, spadł i się zabił. Przed wsią stał krzyż, każdy kto przechodził, czapki przed nim zdejmował. A oni kazali krzyże przy drogach zlikwidować. Za naszą wioską była wieś Repiszcze. Trzy razy krzyż ścinali, a ludzie w nocy stawiali nowy.
Pani Zofia jest niezwykle dowcipna. Humor a także umiejętność znalezienia się w różnych sytuacjach pozwoliły jej przetrwać późniejszą wywózkę do Niemiec a następnie na Sybir.
Jak Ruscy kogoś wybierali, to kazali przychodzić głosować. Kiedyś powiedzieli, kto przyjdzie pierwszy głosować, ten dostanie premię. Do punktu głosowania było 7 km. Cała wieś namówiła jedną babę, 80 – letnią, by była pierwsza, bo dostanie pół litra. Posadzili ją na schodach przed lokalem już wcześnie rano. Dostała tylko kwiatka. Wtedy wstała i powiedziała: Job wasza mac! Oszukańcy.
Za takie słowa każdego by wywieźli na Sybir, a ona miała 80 lat, a ta kich starych nie wywozili. Innym razem Ruscy zorganizowali mityng, a w tym czasie była Msza i ludzie byli w kościele. Na tym mityngu żołnierz różne bzdury gadał. Mówił też, że bogaci wykorzystywali biednych i żebyśmy nie chodzili do kościoła. Na ten mityngu przyszła jedna stara kobieta i powiedziała do żołnierzy: Ja wam coś powiem. Wsadźcie mnie tam do góry, a nikt do kościoła nie pójdzie. A ona zaczęła: Cieszymy, że was mamy, w górę ręce wyciągamy, ale chyba Pan Bóg widzi. Słuchajcie, ludzie, my przed wojną mieli źle, bo Rydz – śmigły nie wiedział, ile ma- sła było, a teraz Pan Bóg dał nam takiego mądrego Stalina, który na- wet wie, ile kura w d….e ma jaj. Po tych słowach wszyscy się rozeszli.
Wkrótce rozpoczęły się wywózki. Rozpoczęli od wywożenia księży. Wójt z Budsławia Kułakowski, musiał przygotować dokumenty do wywózki. O czwartej rano miał obudzić księdza, żeby podpisał, że dobrowolnie wyjeżdża (od red. na Sybir). Wójt o drugiej w nocy poszedł do księdza, powiedział mu o tym i kazał księdzu przebrać się w kombinezon, aby o czwartej rano był na dachu i udawał robotnika naprawiającego dach.
NKWDziści dali się na to nabrać. Robotnik (ksiądz) powiedział, że ksiądz wyjechał na trzy, cztery dni. Wójt potem księdza (już w sutannie) zaprowadził do pociągu towarowego do Żydów, którzy go za złote guziki ukryli w wagonie i wyjechał.
Pani Zofia Korościk wspomniała Franka Konopskiego.
Wierzył, że jak Ruskie weszli to będzie dobrze. Ale jak rozbił samochód i dostał dwa lata więzienia, to przekonał się, jakim był durniem. Przyszedł do mnie, a ze mną mężczyźni lubili politykować, i powiedział: Walczyłem o sprawiedliwość i za to gnoje nas oszukali. Przyszedłem ci powiedzieć, że sprawiedliwości nie ma. A gdzie jest sprawiedliwość? Na krzyżu rozpięta. To powiedział komunista.
Po wypowiedzeniu wojny Rosji Sowieckiej przez Niemcy rozpoczęły się u nas wywózki ludności z Kresów do Niemiec, do roboty.
Panią Zofię również wywieziono do Niemiec. Opowiedziała o tej swojej przymusowej pracy, ale ta historia nadaje się na osobną opowieść.
Po wojnie powróciła w rodzinne strony, wyszła za mąż za porucznika, który przeszedł szlak wojenny z generałem Andersem, walczył pod Monte Casino – pozostały Pani Zofia Korościk po nim – jak mówi p. Zofia – tylko medale – poza medalem Virtuti Militari, bo ten zabrali mu NKW- dziści.
Poznaliśmy się w 1947 roku. Mąż wrócił z Anglii i pracował w kołchozie. Tam nie miał dowodu osobistego, a bez dokumentów nie można było jechać do miasta. Mężowi dokumenty załatwiłam przez jednego Ruska. Mąż o tym nie wie- dział, że to ja załatwiłam, rodzina też nie. W tym czasie robiłam pokrycia na tapczany, makaty. Potrafiłam zrobić wszystko to, co zobaczyłam, a w sklepach za Ruska nic nie było, a ja na dzień 5 metrów płótna uprzędłam. Ludzie zaczęli gadać, że my żyjemy dobrze, a inni pracy nie mieli. W 1950 roku wzięliśmy ślub cywilny w Budsławiu, a w nocy po kryjomu ksiądz nam dał ślub kościelny. Nawet mama o tym nie wiedziała.
W 1951 roku całe miasto najechało NKWD, na rękawach mieli czerwone opaski.
1 kwietnia o pierwszej w nocy zastukali do nas i słyszę: Otwieraj drzwi, bo kontrol dowodów. Ludzie gadali, że nam się dobrze powodzi i że mamy złoto. I tego złota szukali nawet w kalesonach, poszewkach. Zabrali nam obrączki męża i medal – Virtuti Militari. Przez 2,5 godziny mieliśmy się spakować. Zabraliśmy kaszę, mąkę, pszenicę, ziemniaki. Pytali mnie, czy wiem, że jadę za Andersa? Miałam podpisać protokół, który mieli podpisać także świadkowie. Kazałam podpisać najpierw wójtowi. Przeczytali mi protokół, że jedziemy dobrowolnie na wieczne przesiedlenie. Wsadzili nas na sanie (śnieg jeszcze leciał). Wzięli mnie pod broń, abym nie wołała i nie pożegnała się z bratem, który mieszkał niedaleko.
Jechaliśmy. Odstawili mi worek z naczyniami. Kiedy sobie o tym przypomniałam, chciałam wracać po niego, nie pozwolili. Nie miałam ani łyżki, ani widelca. Został mi tylko słoik. Byłam w ciąży. Miesiąc nas wieźli w wagonach towarowych. Do jedzenia dawali zupę na rybie gotowaną, w której dwie pyrki pływały. Ledwo żywą mnie dowieźli.
Irka urodziła się już na Syberii. Była nadzwyczaj mądrym dzieckiem – miała dwa latka i płynnie mówiła też po rosyjsku.
To ona kazała mi rozmawiać tak, jak oni tam mówią, czyli po rosyjsku. Ja szyłam dzień i noc i dzięki temu zarabiałam. Wierzyłam, że wrócę do Polski. Moja trzyletnia córeczka, Irenka, mówiła, że ja z mężem wrócimy, ale ona nie wróci.
Któregoś dnia Irce pijany fotograf zrobił zdjęcie i dzięki temu mam jej fotografię.
Pani Zofia pokazuje fotografię Irenki, którą pokolorowała w Polsce. To jedyne zdjęcie. Irenka zachorowała na Syberii na dyfteryt i zmarła.

Napisaliśmy do konsula w Moskwie z prośbą o możliwość po wrotu. Odpisał, że w 1951 roku nikogo przymusowo nie wywozili do roboty. Jak umarł Stalin, to ja się śmiałam, a Ruskie płakali.
Po pięciu latach w 1956 r. puścili nas do Polski, kto był prawosławny – zapisywali jako Rusek. A ja jako Polka nie wyrzekłam się swojej narodowości i jako katoliczka Polką pozostałam.
Wróciliśmy do Ojczyzny, o której wolność walczył mój mąż. Nie chciałam wracać do Ruskich (bo Wileńszczyzna należała do Związku Radzieckiego), choć brat wybudował mi tam dom. Najpierw mieszkaliśmy w Tuchorzy Starej, potem w Chobienicach, Rakoniewicach, a w 1977 r. zamieszkaliśmy w Wolsztynie. W Polsce urodzili się moi dwaj synowie – Aleksander i Grzegorz.
Mój mąż przed śmiercią często wspominał, jak Polacy zdobywali Monte Casino. Śpiewaliśmy „Czerwone Maki”. Mówił też, że mi zawdzięcza to, że będzie leżał w ojczystej ziemi, bo gdyby mnie nie poznał, pewnie na Syberii zakończyłyby swoje życie.
Pani Zofia nie starała się o żadne odszkodowanie.
Ani od Niemców ani od Ruskich nic nie chcę. Za dużo Niemcy i Ruski prasowali nas, wymaglowali za dużo i dlatego przez wiele lat myśmy się sami siebie bali.
Pani Zofia codziennie słucha Radia Maryja i ogląda telewizję Trwam.
Wychowana w wierze katolickiej tę wiarę zachowała mimo wojennej niewoli w Niemczech i potem na Syberii.
Anna Domagalska
„GW” nr 18-2007
