Z cyklu: Słynni wolsztynianie

22 mins read

W ciągu trzydziestu rozmawialiśmy z wybitnymi wolsztynianami. Przypominamy dziś pana Adama Koziołka. Urodził się w Wolsztynie 24 grudnia 1948 roku. Ukończył liceum pedagogiczne w Sulechowie, Studium Nauczycielskie w Gorzowie, a potem podjął sześcioletnie studia w Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi, na wydziale wokalno-muzycznym. Zmarł 10 października 2010 roku.

Poniżej artykuł opublikowany w „Głosie Wolsztyńskim” w 1993 roku

Dzięki tradycji każdy wielkim jest

Profesor Henry Higgins
„My Fair Lady” Gaston
— „Gigi” Bili
— „My end my Girl”
i Tewje — mleczarz — „Skrzypek na dachu”.
Oto ważniejsze role, jakie zagrał na scenach Europy i Polski, solista Teatru Muzycznego w Łodzi — ADAM KOZIOŁEK

Z prawdziwą przyjemnością przedstawiam państwu zapis mojej rozmowy z Nim, człowiekiem skromnym, szczerym, uśmiechającym się w każdej chwili i w każdej chwili skorym do tego, by zaśpiewać urywek jednej ze swoich ról. Napiszę szczerze, że nie do końca jestem przekonana, czy rozmawiając ze mną śpiewał czy mówił. Melodyjnością swojej wypowiedzi przeniósł mnie w świat musicalu.

Bez końca mogę słuchać starych romansów rosyjskich, zachwycać się folklorem żydowskim.podziwiać poetyckie płótna Marca Chagalla. Stąd też i moje zapatrzenie w „Skrzypka na dachu”, który wzruszył miliony ludzi na świecie i pobił wszystkie rekordy powodzenia. Kto jeszcze?

– „Skrzypek na dachu” po raz pierwszy wystawiony został w Łodzi. Często podawane są fałszywe dane, że w Gdyni. Pierwszym wykonawcą był Bernard Ładysz, a ja wówczas grałem Perczyka. Z polskich wykonawców znany jest jeszcze Zbigniew Macias z Teatru Wielkiego w Warszawie. Na świecie najsłynniejszym odtwórcą roli mleczarza jest Heinrich Topól, polskim telewidzom znany z filmów o Izraelu, które komentuje. Często go nie rozpoznajemy. Dlaczego? Jest drobny i szczupły. Do roli Tewjego wkłada natomiast grubą kamizelkę i robi się wielki. Wtajemniczeni zauważają to, gdy podnosi ręce. Ja też zakładam taką kamizelkę pod koszulę.

Świadomość istnienia kogoś takiego jak Tewje uspokaja, ponieważ pozwala podziwiać go jako człowieka. Które z jego cech ceni Pan najbardziej i odnajduje w sobie?

– Cała sztuka opiera się na podstawowej sprawie, na tradycji. To jest to, co zawiera piosenka tytułowa, a nie piosenka „Gdybym był bogaczem”. Tradycja, to jest to, co pozwala zachować narodowi, wspólnocie, rodzinie tożsamość. Na początku jest taki tekst:

Skrzypek na dachu. To brzmi głupio, prawda? Ale w naszej Anatewce /czytaj Wolsztynie/, każdy jest, można by powiedzieć, takim skrzypkiem na dachu, co próbuje wydobyć ze swych skrzypiec prosty i miły ton, nie skręcając sobie przy tym karku. Zadanie wcale niełatwe. Więc dlaczego zapytacie, siedzimy tam, na górze, jeśli to jest niebezpieczne. Siedzimy bo Anatewka, to nasz dom. A jak my utrzymujemy równowagę? No to Wam mogę odpowiedzieć jednym słowem: Tradycja. Ponieważ trzymamy się tradycji, zachowujemy równowagę przez długie lata. Możecie zapytać: Skąd się bierze tradycja? Odpowiem wam: Nie mam pojęcia. Tradycja i koniec. Dzięki tradycji każdy wiem kim jest i co Pan Bóg oczekuje żeby zrobił.

I to jest najważniejsza cecha. Tejwe nie zapomina o zwyczajach, o przodkach. My mamy również określone tradycje, które pozwalają nam zostać np. mieszkańcami tego Wolsztyna, zakochani jak mawiają Niemcy w swojej małej ojczyźnie. To nam pozwala zachować tożsamość Polaków, jako Polaków.
Jest to dzisiaj, kiedy mówi się o zjednoczonej Europie, gdzie ludzie przenoszą się dokąd chcą i gdzie kapitał przenosi się gdzie chce, rzecz niebagatelna.
Jak wobec tego, w tej Europie bez granic, w tym przemieszaniu się społeczeństw i ludzi w różne strony zachować tożsamość narodową, polskość! Przecież każdy powiem, że Polacy nie są tak mocni, jak np. Niemcy. My jesteśmy bardzo otwarci, my ulegamy wpływom. Niemcy im nie ulegają. Czy zostaniemy zdominowani przez nich? Czy zachowamy swoją tradycję? Tradycja, nawiązywanie do niej, to cechy Tewjego. Opiera się on na tradycji, uważa ją za bardzo ważną.
Nie zrywa z niczym, zachować bogactwo z przeszłości, jesteśmy z jednego gniazda – to jego recepty na życie. Jest też otwarty na to, co ono przynosi. Było nie do pojęcia, by córka znalazła sobie męża sama.
Gdy przychodzi i mówi „Tato, ale myśmy już dali sobie słowo, my już będziemy za chwilę mężem i żoną”. „Jak to? Po słowie oni już są. To zbyt mocne, to bzdury szczyt! Życie niby gdzie, w Paryżu, Moskwie, a może diabeł wie, w Ameryce? A ty kim właściwie jesteś? Za kogo ty się masz! Nie wolno tak postępować! Nie tu, dziś! Ja już się wzdrygam na samą myśl TRADYCJA!”

Rozumiem, że dla Pan też jest najważniejsza?

– Tak. Dlatego nie przez przypadek w rodzinnych stronach spędzam urlop. Mógłbym pojechać gdzieś daleko. Przyjeżdżam tutaj. Mnie tu ciągnie. Pochodzę stąd. Gdy wyjeżdżam za granicę, porównuję miasteczka Europy z Wolsztynem. I jak prezentuje się na tym tle? Tu się wszystko zmienia nieprawdopodobnie. Za chwilę nie odróżni się pięknych, cukierkowych miasteczek zachodnich (niemieckich, holenderskich, duńskich) od Wolsztyna. Na razie jest walka o oczyszczalnię, czyste jezioro, ale gdy się to skończy i pieniądze przeznaczy się na estetykę miasta, to Wolsztyn będzie nie do poznania. Mieszkańcy widać sami zaczynają już więcej dbać o niego. Zaczęło funkcjonować prawo prywatnej własności. Wolsztyn jest tym miastem, które dało ludziom bardzo dużo. Życie to potwierdza. Wolsztyniacy, rozrzuceni po Polsce i świecie z dumą podkreślają, że są z Wolsztyna. Nikt nie mówi, że z zielonogórskiego. Z Wolsztyna!
Np. Pan Antkowiak jest obywatelem kraju, mieszka w Warszawie, zna go cała Polska, ale on mówi, że jest z Wolsztyna! Osiągnął Pan sukces, zrobił karierę, spełniają się marzenia młodzieńczych lat, ale czy za Hudel z Perczykiem może Pan powiedzieć: „Teraz już wszystko mam, a nawet trochę więcej”? Nigdy wszystkiego nie będę miał. W tym zawodzie niczego nie osiąga się do końca. Człowiek nieustannie szuka, stale marzy, ciągle się rozwija i im więcej umie, tym częściej stwierdza, że można jeszcze więcej, inaczej, że to jest za mało. I to bogactwo środków i doświadczeń nigdy nie wystarcza Powiedział mi już Pan bardzo wiele o Wolsztynie i o tym, że to tradycja nie pozwala Panu nie przyjeżdżać tutaj.

Co jeszcze wyniósł Pan z rodzinnego miasta i z czym powędrował w świat?

– Przyjeżdżam tu, bo tutaj są moje korzenie. Dobrze się tu czuję, odpoczywam i mogę oderwać się od codzienności. Żyję bez gonitwy. Spotykam ciągle znajomych. Wczoraj spotkałem się z Adamem Matusz-czakiem, mieszkającym teraz w Niemczech, w Berlinie. Chodziliśmy razem do szkoły. Widziałem też Edzia Matuka, Pacynów. Ta wąska „gąska”, na której się wychowałem, to najlepsza uliczka jaką znam. Ulicę 5 Stycznia często „zamykaliśmy” ,by pograć w piłkę, „sznekel”, czy palanta.

Wiele chwil spędziłem ze Zdzisiem Barskim na chłopięcych zabawach. Patrzę z przykrością na to , że wychowanie muzyczne w szkołach traktowane jest po macoszemu. Decyzje o powołaniu w Wolsztynie Szkoły Muzycznej oceniam bardzo wysoko. Za kilkanaście lat na pewno będzie Pani przeprowadzała wywiad z jakimś absolwentem tej szkoły. W młodości często muzykowałem z Z. Barskim. Moja mama doskonale wyczuwała. że ja coś w tym kierunku zrobię i dlatego wysłała mnie na prywatne lekcje gry na skrzypcach. Wiele z nich wyniosłem. Mamie było ciężko. Pieniędzy przecież brakowało, a jednak ten wysiłek podjęła, by posłać mnie na lekcje muzyki. Kiedyś w szkołach odbywały się zajęcia pozalekcyjne. W jedynce działał teatrzyk szkolny. Występowałem w nim. Koncerty i występy organizował pan Florian Antkowiak. Moje zainteresowania zostały rozbudzone. Ukończyłem Liceum Pedagogiczne w Sulechowie, SN — kierunek muzyczny w Gorzowie Wlkp., a w końcu Wydział Wokalny Akademii Muzycznej w Łodzi. Przez 8 lat występowałem w „Wesołym autobusie”. Miałem propozycję pracy estradowej, ale chciałem iść do teatru. Można również zobaczyć Pana w telewizji. — O tak! Jednakże teatr muzyczny nie często gości na małym ekranie. Jest to rodzaj działalności artystycznej, która mnie zawsze interesowała. Świadomie kształtowałem swoją osobowość. Był czas kiedy ograniczano możliwości prezentacji pewnych form muzycznych. Królowała operetka, nieśmiertelna operetka. W Teatrze Muzycznym w Łodzi prezentowano wszystkie formy: operetkę, komedię muzyczną, wodewil, śpiewogrę, bajki, widowiska muzyczne dla dzieci, rewię. Również musical, formę, która mnie najbardziej interesuje. W musicalu jest najwięcej teatru. Decyduje o tym, między innymi, libretto. W operetkach jest ono często banalne. Swoją osobowość kształtowałem w kierunku musicalu, licząc na to, że nadejdzie czas, kiedy musical w Polsce naprawdę zafunkcjonuje. Nie mówię o takim sztampowym przeniesieniu z tradycji angielskiej czy amerykańskiej do Polski. Dla mnie teatrem muzycznym jest musical. On musi się ponownie znaleźć w polskiej tradycji. W operetkach (grałem w nich role charakterystyczne, np. Iwana w „Carewiczu”) głównym amantem jest zawsze tenor, a ja jestem bas barytonem. Role operetkowe w jakiś sposób satysfakcjonowały mnie, ale to nie było to. Owszem, dały mi możliwość wyżycia się aktorskiego i wokalnego,ale… Dopiero, gdy zaczęliśmy grać klasyczny, musical miałem najpoważniejsze role. W „GIGI” — GASTONA, W „MY END MY GIRL” — BILLA, „MY FAIR LADY” PROFESORA HENRY HIGGINSA, TEWJE —MLECZARZA W „SKRZYPKU NA DACHU”. ZA SWOJE NAJWIĘKSZE OSIĄGNIĘCIE UWAŻAM ROLĘ PROFESORA HENRY HIGGINSA JEST ONA TYM, CZYM HAMLET U SZEKSPIRA. DOSTAŁEM ZA NIĄ W ŁODZI W 1987 ROKU SREBRNY PIERŚCIEŃ ZA KREACJĘ SEZONU.

Proszę przyjąć gratulacje. Czy to ze „Skrzypkiem na dachu” wyjeżdżał Pan do Berlina?

– Nie. Poza granicami „Skrzypka” nie grałem. Występowałem tam w „MUSICALU CLASSICS”. Przedstawienie było na zamówienie. Wystawione zostało w międzynarodowym składzie. Twórcą i reżyserem był wielki nasz przyjaciel, ciemnoskóry Amerykanin Darry Robinson, który od pewnego czasu działa na rynku zachodnim. Zaczynał od teatru w Wiedniu. Występowali ze mną również inni Amerykanie: Lorraine Goodman, Georgina Chakos i Timothy Breese, Austriacy – Lilo Raab i Herwig Gratzer oraz Niemka Annę Schumaunn. Czy trudno wyjechać na taki kontrakt zagraniczny? Tak, bardzo. Amerykanin przyjechał do Teatru Muzycznego w Łodzi. Obejrzał wszystkie musicale. Chce Pan ze mną pracować? — zapytał później. Odpowiedziałem twierdząco. „MUSICAL CLASSICS” to przedstawienie, które składało się z fragmentów 10 przebojów światowego, klasycznego musicalu. Jest tu muzyka znakomitego kompozytora, genialnego twórcy A. L. Webbera („EVITA”, „KOTY”). W „MUSICALU CLASSICS” występowałem w pięciu fragmentach. Byłem Higgjnsem w „MY FAIR LADY”, dyrektorem teatru w „PHANTONIE”, właścicielem restauracji — Rudolfem w „HELLO, DOLLY”. Grałem też konferansjera w „KABARECIE”.
Z przedstawieniem jeździliśmy przez trzy lata.Cieszyło się ogromnym powodzeniem w Norwegii, Danii, Niemczech, Francji, Belgii, Luksemburgu, Austrii, Włoszech, Hiszpanii i Portugalii.Zagraliśmy we wszystkich największych miastach Europy. W dziedzinie kultury, my Polacy, jesteśmy Europejczykami (opera, teatr, teatr muzyczny, plakat, muzyka, kompozytorzy, dyrygenci). Proszę mi pokazać drugi taki kraj, gdzie jest np. taki Górecki. Świat oszalał na jego punkcie.

Teatr Muzyczny w Łodzi, jako jedyny w Polsce, przygotował widowisko poświęcone Janowi Kiepurze. Czy i Pan w nim wystąpił?

– Tak, grałem brata Kiepury — Władysława. To było 3 lata temu.

Na zakończenie chciałabym zapytać czy którąś ze swoich ról zaśpiewa Pan kiedyś w Wolsztynie?

– Myślałem o mniejszej formie, o czymś w rodzaju „MUSICAL CLASSICS”, ale w plenerze, moim zdaniem, to nie zda egzaminu. Gdyby wybudowano w Wolsztynie teatr muzyczny, natychmiast bym się przeniósł. Teatr Muzyczny w Wolsztynie?

To raczej nigdy nie będzie możliwe! Chyba jednak częściej będzie Pan musiał przyjeżdżać do rodzinnego miasta, bo Czytelnicy „Głosu Wolsztyńskiego”. po spotkaniu z Panem na lamach gazety, na pewno zechcą usłyszeć Pana głos i naszą rozmowę potraktują jako zapowiedź Pańskiego występu.

Dziękuję za chwilę czasu poświęconą – wolsztynianom i za to, że sław” nasze miasto w Polsce i świecie-Panu jeszcze wielu pierścieni z teatralną maską oraz zawsze pełnej widowni.

Z bratem burmistrza Wolsztyna
rozmawiała: ELŻBIETA WOŹNA

Adam Koziołek w roli mleczarza TEWJEGO
(skrzypek na dachu)
Ta wąska „gaska” na której się wychowałem, to najlepsza uliczka jaką znam
Halina Matyskiewicz – Gigi
Adam Koziołek – Gaston
Adam Koziołek
w roli Perona („Evita”)

Brat pana Adama Jan Koziołek otrzymał od wielbiciela artysty ten oto list:
ADASIU!
Na pewno nad Twoją mogiłą będzie wspominana – i słusznie – Twa sztuka tak śpiewacza jak i aktorska. Będzie wspominany Twój stosunek do umiłowanego Teatru.
Na pewno nie zapomną żegnając Cię o koleżeństwie i prawości, jako o Twych szczególnych cechach. To wszystko słuszne i oczywiste.
Ja natomiast chcę Ci podziękować za cechę, która w naszym zawodzie odgrywa niepoślednią rolę. Ilekroć nadchodził dzień, w którym graliśmy „Skrzypka”, jak każdy aktor byłem od rana spięty i podniecony. Było to uczucie bardzo – przynajmniej dla mnie dyskomfortowe. Wtedy uświadamiałem sobie, że przecież spotkam się z Tobą.. Twoja mądrość i delikatność a przede wszystkim profesjonalizm wnosił w moje serce spokój. A spokój ten lokował się u Ciebie w czymś co nazwałbym koleżeńskim CZŁOWIECZEŃSTWEM. Tak Adasiu to jest to właściwe słowo CZŁOWIECZEŃSTWO. Tego słowa szukałem pisząc ten do Ciebie ostatni list. Zawsze, ilekroć Ciebie teraz będę wspominał będę dumny z faktu, że mój Przyjaciel był przede wszystkim CZŁOWIEKIEM.

Bywaj Przyjacielu!

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Poprzedni

Wypadek pomiędzy Chobienicami a Przyprostynią

Następny

Teraz status zwrotu swojego podatku sprawdzisz sam

Ostatnie z

Spływ rzeką Obrą

We wtorek 22 czerwca odbył się spływ kajakowy rzeką Obrą, w którym uczestniczyli uczniowie klasy

0 0.00